czwartek, 18 sierpnia 2011

Przez to poniedziałkowe święto, pomieszane mam dni i zupełnie nie mogę się odnaleźć w tygodniu.  Czasu dla komputera mało, ale nie przeszkadza mi to. Gonię, gdzie mogę, robię, co mogę, ruch w każdym tego słowa znaczeniu. Perspektywa nadejścia zimy ( no bo tak też musi być), powolutku zaczyna mnie przerażać i chociaż ja bardzo lubię zimę, to gonić w  -22 stopnie mnie się nie uśmiecha ;) Pewnie znajdę jakiś zamiennik, pewnie będzie to... - PRACOHOLIZM :)

A tymczasem, mamy czwartek, właściwie za niedługo będzie już piątek i przed nami weekend, czy będzie pogodny? Nieśmiało sprawdzam portale  i nie widzę w nich deszczu, no prócz piątku, ale to akurat mi nie przeszkadza, grunt żeby chociaż połowa dnia była ładna, wtedy można pojeździć bez obaw, chociaż nawet i deszcz nie jest przeszkodą, o ile jest tylko przelotny, sęk w tym, że zazwyczaj te przelotne nie chcą takimi być... Każdą ładną pogodę przekładam na rower, do znudzenia gadam tudzież piszę o tych wyjazdach, o pokonanych trasach, o przyjemnościach, jakie z tego czerpię. Nic na to nie poradzę, że uwielbiam ten sport, dziwię się, gdy inni zadają mi pytania, czy mi się tak chce? Przecież, gdyby mi się nie chciało, nie jeździłabym. Są ludzie, którzy jeżdżą tylko okazjonalnie, są i tacy, którzy jeżdżą, bo inni jeżdżą, są też ludzie jeżdżący bez względu na to, czy mają z kim, czy też nie mają. W tym wszystkim liczy się chęć przygody, poznania miejsc i przyjemności płynącej nawet wtedy, gdy mięśnie pod wpływem obciążenia, zaczynają pobolewać. Zaliczam się do tej trzeciej grupy i rower mi nigdy nie zbrzydnie, jeżeli się dla czegoś poświęcam, to całą sobą i na zawsze, no chyba że coś uniemożliwiłoby mi jazdę. Opowieści me nigdy jednak nie wspominały o siniakach, wywrotkach, czy też innych przykrych rzeczach płynących z jeżdżenia, dlaczego? Bo przez 2000 km nic mi się takiego nie zdarzyło... Do wczoraj. Był to przełom i chociaż nie wywróciłam się, to noga ucierpiała. Wszystko przez pedał, który swoją ostrością sprawił, że mam drobne problemy z chodzeniem... A jak to się stało? Wycieczka z Konarem do Chełma Śląskiego, panie szły z wózkami, wyprzedziliśmy je i niestety Jarek nie popatrzył, gdzie się znajduję, zjechał przede mnie powodując, że moje przednie koło uderzyło w jego tylne. Hamowałam, chcąc uniknąć uderzenia, niestety moje v-brake ostatnio coś nie chcą ze mną współpracować, droga hamowania jest znacznie dłuższa... Koniec końców, chciało mnie wywrócić, to opanowałam, ale już nad spadającą nogą z pedała nie miałam kontroli. Słyszałam tylko, jak panie z tyłu mówiły - o rany boskie, wywali się!!! Byłoby ciężko, gdyby tak się stało, ręka bez części kości, plecy w bliznach, a upadek byłby właśnie na tę lewą stronę... Wolę nie myśleć. O biadoleniu rodziców już nie wspomnę, no i szlabanie na rower. Noga ma wygląda se tak:
Miejsca wczoraj czerwone, dzisiaj zrobiły się sine, stopa posiada ograniczoną ruchomość, a łydka nie chce się zbytnio napinać, boli. Prawa też ma troszkę siniaków, ale... będę żyć ;) Gorzej z rowerem... Od pewnego czasu coś dzieje się w tylnym kole. Objaw szeleszczenia w momencie jego obrotu. O ile wcześniej było to sporadyczne, i żeby usłyszeć hałas trzeba było rower postawić do góry nogami, o tyle teraz koło stawia opór przy normalnym kręceniu, a hałas słyszalny jest wyraźnie. Wczorajsza wizyta w serwisie nic nie dała, wręcz pogorszyła sprawę. Niby wszystko jest w porządku, a jeżdżenie jest utrudnione, mało tego w obawie przed dalszym uszkodzeniem, lepiej jest nie użytkować bicykla, dlatego w dniu jutrzejszym garaż Kisioła i sprawdzanie... W najgorszym razie będę musiała wymienić pewnie piastę + szprychy (OMG!), a w najlepszym łożyska. A może wystarczy samo nasmarowanie, kto to wie? Chociaż Kisioł smarował, a ludzie w serwisie powiedzieli, że smaru aż nadto tam jest... I kto tu ma wiedzieć, o co chodzi, no kto? Się pochwaliłam, że przejechałam 2000 km i teraz mam, zaczynają się sypać komponenty ;) Póki, co pozostaję optymistką i mówię dobranoc.

2 komentarze:

  1. Nie przejmuj się tym co mówią inni. Jak byłam w pierwszych klasach podstawówki jeździłam konno (nie jakoś sportowo, bardziej rekreacyjnie) i pewnie nadal bym jeździła, gdyby nie 1. brak czasu 2. niedostatek pieniędzy i (co najważniejsze) 3. wypadek konny w wieku 8 lat, który zakończył się co prawda małym złamaniem, ale to małe złamanie spowodowało 1,5 roku rehabilitacji - do dziś nie wiem dlaczego musiałam nosić gips 6 tygodni, a że szybko rosłam, to zrobiła się skolioza. Ale jak miałam 12 lat, to na jednym obozie był koń i mogliśmy się przejechać - i ja z tej okazji oczywiście skorzystałam :)
    Natomiast jak mam Bertę, to wychodzenie na zewnątrz jest dla mnie już chlebem powszednim i nie wyobrażam sobie już życia i nawet organizacji dnia bez tych spacerów.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie przejmuję się, tylko pojąć nie mogę, że można tak tendencyjne pytania zadawać ;)

    Jazda konna świetna sprawa, ale właśnie te upadki mnie przerażają, poza tym, ja się koników boję jakoś tak. To znaczy, mogę pogłaskać, ale cukru nie dam do pyska w obawie przed pożarciem mnie ;)

    Hihi. Właśnie o takiej codzienności piszę, jak ty o spacerach z Bertą. Nie wyobrażam sobie, że nie będę mogła jeździć ;)

    OdpowiedzUsuń