niedziela, 10 lipca 2011

Zawsze pokombinują, ci z bloggera ma się rozumieć. Taki pulpit nawigacyjny zrobić, człowiek szuka i nijak znaleźć nie może magicznego przycisku rozpoczynającego nowy wpis. Nie ogarniam póki co, ale się pewnie w niedługim czasie poprawię, potrzeba mi tylko spędzić przy tym trochę czasu, a tego ostatniego póki co nie mam, albo mi się nie chce, zwał jak zwał.

Troszkę minęło od mojej ostatniej wizyty tutaj, właściwie to mamy czas wakacyjny, komu by się chciało siedzieć w domu i dumać nad wpisem, jeżeli nie ma się o czym pisać? To znaczy, gdyby się człowiek skupił, coś by tam z tych zwojów mózgowych wyprodukował, ale po co? Można przecież siąść kilka dni później i napisać dłuższe przemyślenia, banały i tym podobne... Co u mnie? Krótko odpowiem - leci. Pogoda tylko krzyżuje plany. Deszcz, chłód to nie jest to, co lubię i czego chciałabym doświadczyć w porach lipcowych. Generalnie, czuję się dobrze,  lekarstwa, które zażywam, nie powodują u mnie żadnych przykrych dolegliwości, co mnie oczywiście bardzo cieszy. Każdego ranka pakuję do swej paszczy 6 tabletek, i każdego ranka zastanawiam się, czy w ogóle to coś pomaga i jak długo jeszcze wytrzyma moja wątroba? Nie chciałabym z jednej choroby wpadać w drugą. Czy dostrzegam jakąś poprawę? Nie wiem, włosy mi dalej lecą, paznokcie są słabe. Koniec lipca przyniesie wyniki, które wskażą czy leczenie skutkuje. A plecy też są i wiem, że już nic złego im nie grozi. Miejsce pobrania przeszczepu coś strajkuje, ale plasterek załatwia sprawę. W czwartek mam wizytę u mojego chirurga, nie chce mi się, ale muszę tam chodzić. Moim marzeniem jest - nie myśleć i nie łazić po lekarzach, ot co! Wiem, że to coś nierealnego póki, co, ale pogadać sobie mogę, tak dla psychicznego ulżenia memu ciału. 

Dzień wczorajszy był piękny, pod względem pogodowym. Nie omieszkałam tego nie wykorzystać i od godzin porannych urzędowałam na rowerze. W sumie pokonałam 50 km, i to było ostatnie tchnienie licznika. Po południu przy grillu, brat chciał się przejechać. Nie wiem, dlaczego mu dałam rower, zwykle tego nie robiłam, bo zawsze narobił jakiś szkód (poprzedni rower strasznie mi porysował). Wyszłam z założenia, że na prostym odcinku szutrowej drogi nic nie zrobi. Był wypity - fakt, ale.., skąd mogłam wiedzieć, że jemu zachce się przejeżdżać ślimaki. Tylko ktoś, kto ma pstro w głowie takie coś mógłby zrobić. I kiedy zahamował przed ślimakiem, hamulec chwycił mocniej niż zwykle, co spowodowało, że brat przeleciał  przez kierownicę głową w dół, wpadając do rowu. Ja tego nie widziałam, ale od razu się zorientowałam, że coś jest nie tak, gdyż licznik był krzywy, a następnie zobaczyłam rysy na mostku... Zrobiło mi się bardzo przykro i pojechałam. W trakcie jazdy zorientowałam się, że nie mam mocowania przy amortyzatorze, a linka od licznika jest urwana. Tym sposobem pozbyłam się sprzętu... Licznik sam w sobie też ucierpiał, ale pewnie by działał. Cóż, brat odkupuje licznik, a bicykla w życiu nie dostanie. Włożyłam w niego swoje pieniądze, nie byłoby mi szkoda, gdyby to się stało nie wiem, podczas jazdy, czy coś, przez zdarzenie losowe, ale nie przez głupotę! Został ukarany należycie, bo rower go wyrzucił z siedziska jednak wolałabym, żeby tej rysy tam nie było. Możecie się śmiać, że przejmuję się sprzętem, ale ja cenię sobie każdą rzecz, którą posiadam, dbam i szanuję, bo ciężko pracowałam, żeby sobie ją kupić. Ta kwestia się nigdy nie zmieni...

A dzisiaj, niedziela - wiadomo. Miałam pisać wcześniej, ale brakło czasu, bo wraz z Leszkiem i Kisiołkiem wyruszyliśmy przed siebie na naszych jednośladach. Dzisiejsza trasa  przebiegała przez masę wzniesień, które że tak powiem dawały w pióra. Kiedy widziałam podjazd, który  posiadał bardziej strome nachylenie, myślałam sobie, że już nie dam rady, że wyzionę ducha, czułam każdy pracujący mięsień, im bardziej piekło, tym bardziej naciskałam. Taki sadomasochizm, który pozwala mi pokonać większość przeszkód. Wyciskam z siebie to, czego wydaje mi się, że już w sobie nie mam, czyli energii, a tu udaje się. Dla jednych jest to katowanie swojego ciała, a dla mnie to niebywała frajda, bo wiem, że jestem w stanie pokonać słabość, być jakby ponad nią. Mam pełną kontrolę. Pasja trwa i nigdy się nie skończy. Zdjęcia z dzisiejszego wypadu znajdą się za dni kilka w galerii Salanee, Kisiołek musi tylko dać mi pendrive z plikami. 

To jeszcze nie koniec opowieści. Wtorek = Częstochowa, ale szaaaaa, coby nie zapeszyć :)

Jutro mam troszkę spraw do załatwienia, więc grzecznie się wyciszam i udaje się spać. Wzór brać ze mnie, natentychmiast. No. Dobranoc :)

Robert i Jola, a Wam życzę, żebyście na tej ostatniej nocce dali radę :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz