poniedziałek, 1 listopada 2010

"Nadzieja jest płomieniem, który migoce, ale nie gaśnie."

Święto Zmarłych.

Kiedyś, dawno temu, kiedy byłam zdrowa, zbieraliśmy się całą paczką i odwiedzaliśmy naszych bliskich na cmentarzach. Ja, praktycznie nie mam tu nikogo, moi bliscy spoczywają w Bieszczadach, stamtąd wywodzą się moje korzenie, ale paru wujków jest…, i znajomych, którzy zbyt wcześnie odeszli z tego świata. Cmentarze najpiękniejsze są wieczorem, dlatego lubiliśmy pójść zapalić znicz i pomodlić się, kiedy było ciemno, kiedy nie było tych sznurów samochodów, które chciały dostać się jak najbliżej bramy głównej, kiedy kierowca nie patrzył, że idzie przechodzień, tylko jechał mając w nosie, czy kogoś zahaczy, czy też nie, kiedy przechodzień też miał w nosie, że jedzie samochód i to, że idzie całą drogą, wcale kierowcy nie pomaga. Parkingi wieczorami są mniej zapchane, korków też nie ma. Jarmarczne kioski zostały zamknięte – one zawsze budziły u mnie największy niesmak. Wieczorami nie widać tej sterty śmieci, tych latających worków między grobami, nerwowych min ludzi, którzy chcieliby tylko odbębnić wizytę u zmarłych…Wieczorem jest tak, jak powinno być za dnia… Jest spokój, zaduma i płonące znicze…

W tym roku nie poszłam na cmentarz.

Pamiętam, jak jeździliśmy z rodzicami co roku w Bieszczady. Wyjeżdżaliśmy wcześnie rano i przemierzaliśmy setkę kilometrów, żeby móc spotkać się z rodziną, podumać nad grobami dziadków, podzielić się wspomnieniami, zapalić znicze. Była to tradycja, którą kultywowaliśmy rok w rok. Jeżeli mieliśmy w domu zwierzę, z reguły były to jakiś kot, zabieraliśmy go ze sobą. Żółty maluszek, dzielnie pokonywał wzniesienia, jakimi niewątpliwie obdarowane są Bieszczady. Zawsze cieszyłam się, że spotkam się z ciociami, wujkami, kuzynami i babcią, która była dla mnie najważniejsza, której miałam tak mało w życiu, która zawsze przytulała mnie i mówiła, jak bardzo mnie kocha. Nigdy nie chciałam wracać do domu, zawsze był płacz… Babci nie mam już 5 lat, a codziennie brakuje mi jej tak samo, ból związany z jej stratą wcale się nie zmniejsza. Tak naprawdę, była moją jedyną babcią, do której ciągnęłam, od której zawsze otrzymałam dobre słowo, która nigdy nie pozwoliła, aby było mi źle, która zawsze dawała mi, co mogła – wygrzebywała z szafy. Zawsze zastanawiałam się, co ona w tej szafie trzyma, jakie skarby tam ma, bo to, że miała było oczywiste. Jej malutki domek, w którym pozostawiłam swoje najlepsze wspomnienia z dzieciństwa. Boli, że w tym dniu, nie mogę być u niej na grobie, nie mogę zapalić znicza, nie mogę wpaść w zadumę, boli, że w ogóle nie mogę sobie do niej pójść, kiedy chcę, że jest tak daleko, że nie mogę usiąść przy „niej” i być…, i mówić do niej o tym, co mnie trapi, z czym muszę walczyć, że nie mogę zapytać jej, co Ona by zrobiła... Niby śmierć to jest nic, przechodzi się tylko do pokoju obok…, ale nie da się pogodzić z tym, że zabiera nam się kogoś, kogo kochaliśmy najbardziej na świecie, i nawet czas nie jest w stanie zmienić naszych myśli, przyzwyczaić się, że teraz jest inaczej, że kogoś nie ma namacalnie, ale w sercu pozostanie na zawsze. A mnie brakuje jej dobrych rad, tak bardzo brakuje, i jej dotyku, i obecności...



2 komentarze:

  1. Kiedyś mój przyjaciel opisywał mi swoją wycieczkę do Czech - zwiedzał tam podziemia jakiegoś bardzo starego klasztoru. Były tam też grobowce. Na nic było napisane po czesku i po łacinie: "Czym my jesteśmy, tym wy będziecie".
    Zbyt rzadko o tym myślimy, wydaje nam się, że ta chwila albo nie nadejdzie nigdy, albo nadejdzie za bardzo długi czas, tak długi że nie warto się tym przejmować.
    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń