Sobota, kolejna kartka wyrwana z kalendarza, dni coraz mniej, zima coraz bliżej, co czuć - póki co. U mnie wystąpiła mania sprzątania. Z reguły bywa tak, że po straszliwym kryzysie, w którym to organizm nie może się pozbierać, następuje nagły przypływ sił i energii, które zazwyczaj pożytkuję, robiąc w domu lekki młyn, czyli zaczynam zmieniać, przestawiać, kombinować. Pomaga mi to bardzo, polepszam swój nastrój, czuję się lepiej - taka jakby forma samoterapii. Nie lubię monotonii, nie lubię kiedy coś przebywa dłużej w jednym miejscu, dlatego czasami mam potrzebę przemeblowania, choćby malutka zmiana, a od razu bardziej mi się podoba, zaczynam czuć się bezpieczna, niezagrożona i po cichu liczę na to, że może ta zmiana spowoduje, że od teraz będzie już lepiej, że zmienię jakoś ten świat wewnętrzny, a on sam zapewni mi spokój, którego tak bardzo potrzebuję.
Cały czas żyję na lekach, po których nie powiem, żeby było lekko. Forma chemioterapeutyku dała mi szczególnie popalić. Mdłości, połączone z wymiotami, nieżyt żołądka, jelit, utrata wagi, brak apetytu, metaliczny posmak w ustach, to tylko kilka dziwnych stanów, które towarzyszyły mi od pewnego czasu, a ile jeszcze pobędą? Zapowiada się, że będę się musiała z nimi zaprzyjaźnić. Czwartek przyniesie kolejny posiew, i kolejną dawkę środków, których zadaniem będzie zabić bakterie. Mój stan się nie pogarsza i to jest dla mnie ważne, o bólu nic nie piszę, bo właściwie nie wiem, jak to jest żyć bez niego i szczerze powiem, marzę o takim dniu, w którym obudzę się, a bólu nie będzie, i będę mogła robić wszystko, co chcę... To samo, jeżeli chodzi o opatrunki, to tak bardzo wpisało się w moje życie, że nie wiem, jak to jest wstać, wykąpać się, ubrać i wyjść - bez całej procedury leczniczej. Już nie wspomnę, że zapomniałam, jak to jest żyć, nie myśląc, że coś mi właśnie przemaka, że wydziela się zapach. Psychiczny komfort to coś, czego bardzo potrzebuję i o czym marzę, niestety nie każdy pomaga mi w zapewnieniu tego wszystkiego, i chociaż nie mówią tego głośno, swoje słyszę, staram się to jakoś tłumaczyć, ale w sercu pozostaje ten żal, i pytanie - dlaczego tak mam? Odpowiedzi nie oczekuję jednak.
Wybrałam się dzisiaj do Biedronki. Poczułam tam zapach zbliżających się świąt i jakoś tak, zaczęłam tęsknić, za czym? Sama nie wiem..., ale była to dobra tęsknota.
Jakubie, do Ciebie słów kilka. Bardzo Ci dziękuję za twój blog i przemyślenia w nim zawarte - bardzo :)
Inspiracja muzyczna by Kisioł. Ech - te słowa - dziękuję!
Oj znam to uczucie Salanee, choć w nieco innej formie - jak wstaję rano - zawsze inhalatory. To jak mycie zębów albo ubieranie się.
OdpowiedzUsuńŻyczę Ci spełnienia Twoich marzeń :)
Jesteś uparta, nie raz pokonałaś głębokie kryzysy, a to hartuje ducha i nie daje chorobie wygrać. Wierzę, że pewnego dnia przyjedziesz do mnie na rowerze:)) Miłego poniedziałku :*
OdpowiedzUsuńNasza dzielna Salanee :)
OdpowiedzUsuńZimbabwe, dziękuję :D
OdpowiedzUsuńAnia,upartość to moje czwarte imię :D Oczywiście, że przyjadę, jakieś boczne drogi wynajdę, coby mnie nie zabiło na dwupasmówkach ;)
Oluś... :*
Też nie lubię monotonii związanej z tą porą roku.
OdpowiedzUsuńJesteś bardzo dzielna, że potrafisz znosić ten ból i wszystko co jest z tym związane. Zobaczysz, że przyjedzie czas, kiedy to ustąpi. Powierzam Cię Panu Bogu, pozdrawiam serdecznie!