Moje życie. W gorszych momentach wydaje się, że otaczające mnie nieszczęścia, są tylko chwilowo przeplatane stanami radości, beztroski i spokoju, tak żeby rozmyć te pierwsze, żeby przez chwilę poczuć się psychicznie normalnie. Potem wszystko i tak powraca do stanu poprzedniego. Czy to moje egzystowanie ma na celu zagarniać tylko same złe rzeczy? Jeżeli miałoby to być zło całego świata i dzięki temu, że przychodzi do mnie, inni zmieniliby trochę swoje życie, to nie ma sprawy, przyjęłabym na klatę i pchałabym, żeby się pozbyć. Ale nie. Cierpię ja, a inni żyją dniem i nie przejmują się niczym, mało tego są egoistami do tego stopnia, że aż mi wstyd. Wstyd za to, że płynie w nas ta sama krew, bo rodzina, bo ktoś bliski. Dwa różne bieguny. Ja - młodsza, według tego starszego nic nie wiedząca o życiu. W porządku, może nie jestem inżynierem, może nie mam zmysłu technicznego, ale wiem jak należy żyć, jak pokazać drugiemu, co dobre, jak wyznaczać granice. Życie dało mi w kość, dużo wycierpiałam, a to najlepszy wyznacznik. Do tego nie trzeba być nie wiadomo kim. Wskakiwanie w ogień? Wychodzi na to, że wskoczyłabym tylko ja, druga strona pewnie odwróciłaby się na pięcie. Jakbym miała popatrzyć wstecz i zastanowić się, czy ja kiedykolwiek byłam szczęśliwa, to wychodzi mi na to, że nie. Chwilowe stany pozytywnych aspektów znikały równie szybko, jak się pojawiały. Powstaje pytanie, czy ja umiem być szczęśliwa? Czy ja w ogóle wiem, co to znaczy? Co mi jest do tego szczęścia potrzebne? Spokój, samotność? Wypracowanie w sobie obojętności wobec wszystkich? Nie tędy droga, prawda? Czy da się zapomnieć o tym, co smutne i złe? Czy ja jeszcze potrafię wykrzesać z siebie troszkę optymizmu, który pozwoli myśleć, że wszystko jeszcze się ułoży? Nie porównuję się do innych ludzi, bo wiadomo, że są osoby, które mają gorzej. Czy uda mi się wypatrzyć na horyzoncie te jasne strony życia, otrzeć łzy i próbować być szczęśliwą? Siła zapomnienia jest, ale niestety, to co boli, chociaż zakopane na dnie serca i tak nie pozwala całkowicie wyrzucić tego z pamięci, mózg otwiera klastry, a oczy i uszy znowu słyszą słowa, które mocno poruszyły serce. Właściwie to nie wiem, czy jest sens w tym, co piszę, co wspominam, co roztrząsam. Nie szukam słów pocieszenia, sama sobie mogę powiedzieć: będzie dobrze, bo musi być, musi? Hm. To wszystko nie jest takie proste. Drzazga pozostaje, to ode mnie zależy, czy uda mi się ją jeszcze wyjąć, czy zdołam zbudować swój świat na nowo.
Z jednego się cieszę, że wśród ludzi mogę udawać, że wszystko jest ok, taka zdolność maskowania się. Zresztą, co ma być, to będzie. A do świąt coraz bliżej, a ja nie wiem, czy będę potrafiła się cieszyć i udawać, jak to mi dobrze wśród bliskich, których postępowania zupełnie nie rozumiem.
Przeszłości nie możemy i nie powinniśmy próbować zapomnieć. To jest część naszej historii życia, choć może mieć ciemne strony. Często mamy problemy właśnie z zaakceptowaniem tych ciemnych stron. Warto się modlić o ten dar akceptacji i wybaczenia, tam gdzie jest to potrzebne. Pozdrawiam serdecznie, z Panem Bogiem!
OdpowiedzUsuńmocny przytulas...
OdpowiedzUsuńKochana bardzo się cieszę, że już lepiej się czujesz.
OdpowiedzUsuńPowiem Ci tak, że ja też częśto udaję przed światem, że jest ok, że nic się nie stało, ale potem mam wyrzuty sumienia, że nie warto, że trzeba mówić o tym co nas boli! Choć to ciężko tak. Jednego trochę się ostatnio nauczyłam - nie przejmować się sprawami innych. Może nie do końca bo zawsze sprawy moich bliskich, przyjaciół i znajomych są dla mnie bardzo ważne. Ale już nie w ten sposób co kiedyś. Kiedyś ktoś mił jakiś problem to Iva się martwiła, Iva załatwiała, a potem jeszcze cierpiała bo dostawała po dupsku za nic,a o słowie dziękuję...nie było mowy. Już nie, teraz mogę pocieszyć, porozmawiać delikatnie pewne wskazówki zasugerować ale nie nic więcej!!!
Trzymaj się Aga!!!