Codzienna dola cukrzycowego psa. Glukometr, nakłuwacz, lancety, paski. Dysząca Sonia w tle, to dlatego że przed chwilą wróciłyśmy ze spaceru. Po niecałym miesiącu leczenia jej cukrzycy śmiem stwierdzić, że to nie ten pies. Powróciła do niej radość życia, łobuzowania i wskakiwania na łóżka tudzież swój ulubiony fotel, który musiała porzucić, kiedy dupsko było zbyt ciężkie, żeby się tam mogło wygramolić. Kilogramy lecą w dół, tylko jej apetyt ciągle pozostaje ten sam. Niestety ze stołu nie ma prawa nic dostać, mama w końcu to pojęła. Wiadomo, szkoda żebrzącego stworzenia, ale tłumaczę, że ona nie jest głodna! Jakoś to funkcjonuje, chociaż kiedyś mama coś jej dała nadprogramowo i się nie przyznała, myślała że się nie zorientuję, a przecież glukometr jest wyrocznią! Wahania cukru były straszne, powrót do 300-400-500 mg/dl. To nie są żarty. Mama się teraz boi :) Pamiętam początki męczenia się z pobraniem krwi z łapy, a teraz? Wołam z rana Sonię ze swojego pokoju, która i tak od 6:00 czuwa, bo wie, że za niedługo będzie jedzenie, tylko... Sonia chodź, musimy zmierzyć cukier, zanim dam ci jeść..., Sonia przychodzi. Sonia, połóż się..., Sonia się kładzie, łapką nie rusza tak, jak to było wcześniej. Szybko nakłuwam jej poduszkę, krew pokazuje się natychmiast, pobieram na pasek i już PO BÓLU. Masuję jej łapkę i idziemy do kuchni. Tam ranna porcja karmy, zjada oczywiście z wielkim apetytem. Pół godziny później przybywam z insuliną. I po sprawie :) Ta sama procedura odbywa się od 18:30. Przed dokonywaniem wpisu pobierałam jej krew, cukier po spacerku lekko poniżej normy, bo 56mg/dl (norma od 60mg/dl), ale dostała już jedzonko i za chwilę dostanie insulinę. Tak się bałam tej choroby, ale moja Sonia daje mi wiarę, że wcale nie jest tak źle, ona sobie radzi, to dlaczego ja mam sobie nie dać rady? Dopóki są strzykawki, paski, igły, insulina i jedzenie, to nie ma strachu...
A to jest Rudi. Znaczy jego głowa i mrugające oczko :) Zakochana jestem w nim do granic możliwości. Większego pieszczocha nie widziałam, lubi takowy być, ale też sam lubi gładzić łapką ludzkie policzki, np. moje. Wczoraj był taki dzień. Leżał sobie na mnie i w pewnym momencie dotknął łapką mojego policzka, powolutku zsuwając ją w dół i tak przez 20 minut. Jak mi było błogo, chciałoby się rzec, chwilo trwaj! Ale przyszła Amelka i czar prysł ;) Wybaczam Rudiemu wszystkie podrapania, jakimi mnie wczoraj obdarzył! Warto przecierpieć :D


Bardzo się cieszę, że Sonia
OdpowiedzUsuńma się lepiej :)
Pozdrawiam i życzę dużo dobrych
i pięknych chwil w tym tygodniu :)