wtorek, 1 czerwca 2010

Wracam do żywych, ostatni czas, to jakbym była poza tym wszystkim, jakbym nie żyła. Cieszę się, bo gdybym się nie pozbierała, wolfa, pewnie by już szlag jasny trafił, prawda? Opatrunek u chirurga zaliczony. Nie obyło się bez nerwów, a później, bez bólu, ale przeżyłam, i teraz bliskie spotkanie mam dopiero w poniedziałek, uff! Pogoda nadal pod psem, i jak takie ma być lato, to ja dziękuję chociaż, z drugiej strony, wrzesień niech będzie ładny, bo mam zamiar wyzdrowieć, chociaż Kraków do dzisiaj antybiogramu nie przysłał. Jakoś mam takie przeczucie, że coś mnie jeszcze czeka, jakiś drobny peszek...

Wolfik śpi, ja zajadam obiad, i piszę o tym tutaj,na dowód, żeby potem ów ssaczek nie mówił, że nic nie jem, bo jem, makaron z serem dzisiaj, o!

Bratanica moja, jest nie do zniesienia, i to już nie jest śmieszne!

Bywacje...

..., a..., bym zapomniała, wszystkiego najlepszego dzieciaczki :*

2 komentarze:

  1. A gdzie fotka tego talerza i tego jak pałaszujesz;)?Bo Ty wiesz,że jeśli chodzi o jedzenie w Twoim wypadku to trzeba siedzieć i patrzeć jak mielisz w tym talerzu;),bo połowa dla Soni ,połowa na bok talerza i tylko ździebko trafia do buźki;).

    OdpowiedzUsuń
  2. Musisz zaufać na słowo :) Zjadłam, pojadłam, i jestem syta ;)

    OdpowiedzUsuń