Czuję się wywołana do tablicy, więc jestem. Tak - mam gorszy okres w życiu, tak - tracę wiarę we wszystko, co robię, tak - nie wierzę w to, że wyzdrowieję. Nie mogę dłużej oszukiwać, że jest wszystko w porządku, że posiadam dobry humor, że mogłabym góry przenosić - nie. Nie mogę tłamsić w sobie tego, co się ze mną dzieje. Nawet moja rowerowa pasja nie pomogła, aby dojść do kondycji, w której mogłabym widzieć jakiś pozytywny przełom, wszystko później i tak wracało do stanu, w którym schodziłam na ziemię, który pokazywał mi, że nie wszystko mogę, że już nie jest tak, jak było kiedyś, że teraz muszę myśleć..., myśleć o opatrunkach, o zapachach, o wszystkim... Każdy mi mówi, musisz wierzyć, psychika, psychika..., to tak naprawdę nie ma przełożenia na życie realne. Nie da się wierzyć w coś na ślepo, bo może kiedyś będzie lepiej. Nie da. Wierzyłam w cud autoszczepionki, nie zadziałało, to w jaki cud mam wierzyć teraz, że samo przejdzie? Tonący brzytwy się chwyta, więc może druga autoszczepionka pomoże, może te dawki to za mało, żeby pozbyć się tych bakterii, które we mnie siedzą, może, może, może..., i tak już 14 miesięcy. Ja wiem, że nie jestem w tym wszystkim sama, tylko czasami przychodzi do głowy taka myśl, że jakim prawem obarczam swoimi problemami innych, jakim prawem sprawiam, że oni się zaczynają martwić, przejmować i im też nie zawsze wychodzi to na korzyść. Spirala się nakręca, bo pojawia się wyrzut, że to wszystko przeze mnie. Cenię sobie szczerość, jakakolwiek by ona nie była, dla mnie jest to najważniejszą umiejętnością w życiu. Człowiek przede wszystkim ma wady, nie zalety i to od nich trzeba zacząć, kiedy poznajemy drugiego człowieka. Zawsze będę wolała najgorszą prawdę, niźli kłamstwo, które nie pomoże mi w niczym, które sprawi, że zatraci się cały mój sens... Jeżeli już o tych wadach mowa, to jedną taką najpoważniejszą u mnie, jak wspomniał wczoraj wolf jest niejedzenie. Nie wzięło się to znikąd. Od pewnego czasu, czyli od momentu mojego najdłuższego pobytu w szpitalu, wystąpił wstręt do jedzenia, spowodowany ogólnym stanem zdrowia. Żołądek zaczął odzwyczajać się od pokarmów, na oddziale chirurgii wszystko było takie jałowe, nie smakowało, a już tym bardziej wtedy, kiedy organizm zżerały bakterie, kiedy zapach wydobywający się z rany wywoływał u mnie odruch wymiotny. Nikt by nie jadł ze smakiem, a jeszcze ja, która nosiła to ze sobą na co dzień. Do tego lekarstwa, ciągły ból. I tak żyłam z dnia na dzień, przestałam czuć głód. Wiadomo, że coś tam zawsze przekąsiłam, ale nie były to wartościowe rzeczy, bo skończyło się to, straszną anemią, przetaczaniem krwi. Chudłam, bo pokazywała to waga, ale nie załamałam się z tego powodu. Odkąd zaczęłam dorastać, pojawiły się problemy, wcześniej byłam chudziną, niejadkiem... Wszystko zmieniło się w 1996 roku, kiedy stwierdzili u mnie chorobę tarczycy. Zaczęli wrzucać w mój organizm hormony, które wcale nie były mi potrzebne, a sprawiały tylko, że tyłam - nigdy nie należałam do obżartuchów, dlatego dziwiło mnie, że tak przybieram kilogramy - i tak 12 lat. Miałam aktywność fizyczną, bo ćwiczyłam karate, grałam w siatkówkę, tenisa ziemnego ( do 2001 roku, wtedy straciłam ruchomość w nadgarstku, i musiałam pożegnać się z uprawianiem sportów. Przeżyłam pierwsze załamanie, a później była ciągła walka o uzyskanie jak najlepszej sprawności w ręce, liczne operacje, ciągły ból). Z moją nadwagą, nie czułam się ociężała, przeszkadzała mi ona tylko, kiedy patrzyłam się w lustro... Nienawidziłam się w nim, niska samoocena zrobiła swoje. Powodem tego wszystkiego była tarczyca, która owszem jest chora, ale póki co, nie wymaga leczenia hormonalnego. W tamtym roku trafiłam na dobrego endokrynologa, który odstawił mi hormony. Odstawienie było, kiedy już chorowałam, więc zrzucenie kilogramów okazało się łatwiejsze, właściwie bez żadnego wysiłku poleciałam z wagi 15 kg. Problem jednak wystąpił. Kiedy ludzie zaczęli mi mówić, jak Ty schudłaś - super, gdzie Ty się podziałaś? Co zrobiłaś, że tak schudłaś? Dobrze masz, też bym tak chciała..., zrobiło mi się tak bardzo przyjemnie, a w głowie pojawiła się myśl, udało się schudnąć bez większego wysiłku. Nie kierowałam się myśleniem, że dla organizmu jest to złe, bo on miał przez lata dostarczane tyle i tyle wartości odżywczych, które pomagały mu trwać, a teraz tego nie ma, i zżera swoje pokłady, które przez lata się odłożyły. Miał naddatki, które były dostarczane bez potrzeby, dlatego musiał się przyzwyczajać do normalności, czyli do zmniejszonych ilości wartości odżywczych. Ja sama wiedziałam, że nie chcę więcej wyglądać tak, jak wyglądałam przedtem, bo najgorszą rzeczą u człowieka, to nieakceptowanie samej siebie, nawet kosztem siebie samej..., - niestety. Choroba trwała, a wraz z nią brak apetytu. Bo to nie jest tak, że w szpitalu schudłam 15 kg, nie. Tam waga pokazała 10 kg mniej, w domu zrzuciłam jeszcze 5. Pojawił się problem..., trwając w tym wszystkim, zaczęłam liczyć kalorie, zaczęłam mieć wyrzuty sumienia, kiedy coś zjadłam - cokolwiek. Stało się to moją obsesją, która narastała mimo woli. To nie jest tak, że ja nie jem nic, ja jem..., tylko mało. Teraz jest to praktycznie jeden pełny posiłek dziennie, oczywiście w zależności, jaki to dzień tygodnia. Nie czuję głodu, nie mogę przełknąć, bo każde przełknięcie wiąże się z wyrzutem w mojej głowie..., nie przekraczam 1000 kcal dziennie...wiem, że mam problem, zdaję sobie z tego sprawę, ale nadal nie robię nic, żeby to zmienić. To też nie jest tak, ja bym bardzo chciała być normalna, bardzo. Chciałabym nie mieć obsesji, chciałabym delektować się jedzeniem, a nie widzieć w nim tylko sprawcę tycia. Nie chcę tak mieć, nie chcę też przytyć, nie da się wytłumaczyć mojej głowie, że teraz jedząc nie spowoduję, że przytyję, bo ona przez lata nie mogła pojąć, jak można tyć jedząc mało... Nie mam niedowagi..., moja waga jest prawidłowa - w normie. Teraz nie tracę już kilogramów. Zatrzymałam się na 59 kg, nie spadam niżej. Wiem, że organizm teraz żywi się rezerwami, które jeszcze we mnie są, ale ważę się codziennie, i kontroluję to. I zdaję sobie sprawę z tego, na jakim podłożu chorobowym jest moje myślenie... Kiedy robiłam wyniki jakiś czas temu, były prawie w normie, hemoglobina za niska, wiadomo po anemii ciężko ją doprowadzić do normy. Inne wartości, takie jak białe krwinki w normie. Rozkład czerwonych za niski, i takie tam. Mój chirurg też kazał mi jeść, dużo białka, pomijać węglowodany, to tak czynię, a przynajmniej staram się. Rzuciłam palenie, trwam w tym, chociaż jest ciężko, zajadam się warzywami, nawet pietruszką, której nienawidzę, żeby żelazo się wzmocniło. Owoce jem, soki 100% piję, dostarczam organizmowi witamin. Zastępuję to, czego nie mogę zjeść czym innym. Wiem, że to jest grubo za mało do tego, co powinnam, ale postarajcie się mnie zrozumieć chociaż troszeczkę, ja nie robię tego na złość sobie, ja po prostu nie potrafię sobie z tym poradzić. Nie umiem z tego wyjść, nie umiem tego zmienić, bo wszystko przekładam na tycie... Nie jestem już tą osobą, którą byłam kiedyś. Zmieniłam się, zmieniła mnie choroba, chciałabym znaleźć jakieś pozytywne aspekty, ale nie potrafię, bo wszystko się zwala na głowę, rodzina mi nie pomaga, czuję się jak kula u nogi, jakby moje istnienie było nikomu niepotrzebne - jest to jest, a jak nie ma, to też nic się nie dzieje. Tak bardzo się od nich różnię... Do tego dochodzi koniec zasiłku rehabilitacyjnego problemy, co będzie później, jak sobie poradzę, a kiedy przychodzi wybieganie w przyszłość, to dopiero pojawia się kaplica, bo wtedy nie widzę już nic..., czyli jednym zdaniem - straciłam wiarę w to, że moje życie może się jeszcze zmienić, że wyjdę z tego wszystkiego, że kiedyś tylko blizny będą mi przypominać o tym, ile cierpienia musiałam znieść. Ból też mi nie pomaga. Każda wizyta u lekarza, to łzy w oczach przed wejściem, to myślenie, że znowu będzie bolało, że znowu ich rozczaruję widokiem ran. Oni tak bardzo chcieliby zobaczyć światełko w tunelu, a ja tak bardzo chciałabym nie być dla nich problemem... I nachodzą mnie złe myśli, i chciałabym w końcu odpocząć. Czuję się taka bezsilna. Wiem też, że nie zmusi się mnie do niczego szantażem, proszeniem. Szantaż nie jest dobrym wyznacznikiem, bo spotęguje tylko poczucie winy, bo dobije jeszcze bardziej, bo pomniejszy we mnie samoocenę, którą i tak mam bardzo niską, nie wiem, jak można do mnie dotrzeć, skoro ja sama do siebie nie mogę. A ja tak bardzo chciałabym znowu uśmiechać się do komputera, żartować, rozmawiać, tak bardzo chciałabym pojeździć na rowerze, ale bez myślenia o plecach, bo to nie jest przyjemność jeżdżenia, kiedy w głowie są tylko jedne myśli, chciałabym być sobą, taką prawdziwą, jaką część z Was mnie zna, za jaką zapewne czasami tęskni. Ja sama za sobą tęsknię, nawet nie wiecie, jak bardzo :(
Wpis osobisty..., ale prawda tego wymaga.
Do tej pory sobie jakoś radziłam, albo starałam się radzić. Wychodzi na to, że tak naprawdę tylko zamazywałam to, co działo się ze mną w środku. Teraz wiem, że chyba potrzebuję pomocy..., bo nawet jeżeli za dni parę się polepszy, chociaż wolf świadkiem, że kryzys mój trwa dłużej, aniżeli poprzednie, to potem i tak to wróci do mnie, ze zdwojoną siłą. wolf, tak bardzo chciałabym wierzyć w to, że jutro będzie lepiej..., umieć myśleć tak, jak Ty.
Do tej pory sobie jakoś radziłam, albo starałam się radzić. Wychodzi na to, że tak naprawdę tylko zamazywałam to, co działo się ze mną w środku. Teraz wiem, że chyba potrzebuję pomocy..., bo nawet jeżeli za dni parę się polepszy, chociaż wolf świadkiem, że kryzys mój trwa dłużej, aniżeli poprzednie, to potem i tak to wróci do mnie, ze zdwojoną siłą. wolf, tak bardzo chciałabym wierzyć w to, że jutro będzie lepiej..., umieć myśleć tak, jak Ty.
Salanee Kochana, wiem, że jest Ci naprawdę ciężko, domyślam się, że masz wszystkiego dosyć i nie masz już na to siły, ale mimo to, nie możesz się poddać, proszę Cię walcz, walcz do końca.
OdpowiedzUsuńPamiętaj o tym, że masz tu nas - przyjaciół i cieszę się, że piszez o swoich bolączkach, bo po to mamy te blogi. A pisząc zawsze człowiek coś z siebie wyrzuci. Nie chcę pisać nie martw się, czy coś w tym stylu, bo takie słowa już nic nie dają. Pamiętaj jednak, że ponajgorszej burzy zaświeci zawsze słońce i tak będzie u Ciebie.
OdpowiedzUsuńTrzymaj się. A jak ci źle to pisz...
Salanee Ty ,Ty się tu nie wybielaj może ,co;)?Jakie warzywa,jaka pietruszka,jakie owoce,jakie 1000kalori ,he;)?Moja Droga trzymajmy się faktów,bo nie warzywa ,a warzywo,nie owoce,ale kawałeczek jabłuszka,a z tymi kaloriami to już poleciałaś na maksa,bo Ty 300 nie przekraczasz:P.Lato się już skończyło i już nie masz wymówki,że gorąco,że nie masz apetytu,bo tak strasznie grzeje;).
OdpowiedzUsuńJa już dzisiaj jestem prawie nówka;),więc od jutra ostro się zabieramy za Ciebie,gotuj się;)!Poproszę K...,aby Ci golonkę podrzucił,taka soczystą,tłuściutką,a i paczkę żywnościową chyba też jednak zrobię;).Uśmiechnęłaś się;)?Mam nadzieję;).Aha,szantażować nie będę,bez obaw;).Będę tylko ględził i ględził,aż dla świętego spokoju będziesz wstawać i chodzić do kuchni i do "Baby";).
A dziś dzwonimy do Krakowa,a potem pomyślimy nad jedną sprawą (rysować przecież umiesz ;)).
Napisałam, że nie przekraczam 1000 kcal dziennie, więc może się też zdarzyć, że czasami zjem mniej. Sałatki jem i nie wygrzebuję z nich pietruszki tak, jak robiłam kiedyś, dla mnie jest to dużo, bo ja nienawidzę pietruszki.
OdpowiedzUsuńA owoce to jabłko, gruszka, winogrona..., wiadomo że nie codziennie, ale raz na tydzień na pewno. Nie starałam się wybielić, tylko chciałam pokazać, że mam problem, i to nie jest moje własne widzi mi się, że tak mam,zdaję sobie sprawę z konsekwencji,ale ciężko zmienić coś, co wyklarowało się w głowie, co uznaje jedzenie za zło, a zresztą, wolf - Ty to wszystko już i tak wiesz :)
Ola. Na pewno nie oleję leczenia, bo nie mogę, bo wtedy nawet i dwa miesiące zasiłku, które mogę jeszcze pobierać, by się straciły. Może znajdę gdzieś pokłady, które pozwolą uwierzyć mi na nowo..., czuję się jak Tomasz, który uwierzył, jak zobaczył..., tego samego oczekuję ja. Za długo wierzyłam na ślepo, za długo.
Iva, pamiętam.
Salanee... Nie chcę Ci pisać banałów typu że na pewno będzie lepiej. Po prostu chcę Ci napisać że jestem i tyle :*
OdpowiedzUsuńA próbowałaś może Nutridrinków? Nie wiem, może już dostałam gdzieś odpowiedź na to pytanie, dlatego pytam jeszcze raz, a w razie jeśli ją gdzieś już mam to trudno. Trzymaj się.