Równowaga trwa. Nowy Rok powitałam z uśmiechem na twarzy. Nie, nigdzie nie wychodziłam. Spędziłam tę noc w domu, w różnych zakamarkach 3 pokojowego mieszkania. Powodem była bojąca się Sonia. Dla zwierząt jest to niewątpliwie najgorszy moment, kiedy petardy huczą, co jedna to głośniej. Przetrwałyśmy jakoś, śpiewałam jej, mówiłam do ucha, żeby tylko nie zwracała uwagi na salwy. Psi słuch jest o wiele bardziej wyczulony, więc raczej to moje śpiewanie jej nie pomogło, ale wiedziała, że nie była sama :) Wcale źle mi w domu nie było, po północy zadzwoniła brać, Robert - nawet nie wiesz, jaki jesteś pocieszny :) Wzruszyłam się życzeniami, które popłynęły do mnie od chłopaków. Wiem, że życzycie mi dobrze, że nie dacie zginąć, że każdy z Was, gdzieś tam po cichu trwa ze mną. To się czuje. Żałuję, że nie mogłam z Wami być, ale nadrobimy, niech no tylko wyzdrowieję :) Dobrze jest mieć taką "swoją" paczkę, która jest bez względu na wszystko i nie gra roli, czy nie widzimy się miesiąc, dwa lub dłużej. Zawsze jest tak samo. Dlaczego tak jest? Lubimy robić te same rzeczy, mamy wspólne pasje, możemy o nich rozmawiać, planować i chociaż nie zawsze plan nam się ziści, to i tak bardzo dużo daje sam fakt, że coś chcemy zrobić. W Nowy Rok, mieliśmy zaliczyć mały wypadzik rowerowy, zaszyć się gdzieś w lesie i pokonywać trudności zaśnieżonych ścieżek. Śnieg miał skrzypieć pod kołami, a my mieliśmy czerpać z tego niebywałą frajdę. Jednak wiatr i brak mrozu przeszkodziły nam w zrealizowaniu naszych planów, ale nic tam, my tak łatwo się nie poddajemy i prędzej czy później, przetrzemy jednośladami ścieżki zasypane przez śnieg, ha!
Wczoraj też było miło. Zacisze barowe, brak dymu tytoniowego, przyjemna atmosfera i rozmowy o wszystkim i niczym. Lubię taki stan. Lubię czuć się bezpiecznie, jakbym była otulona kołdrą, która daje mi ciepło, a zabiera ode mnie wszystkie problemy. Wstał dla mnie nowy dzień. Dziękuję Wam chłopaki :)
Plan na dzisiaj też jest. Udajemy się pograć w tenisa stołowego, o ile jakiś chochlik nie postanowi za nas inaczej.
Kisioł..., pamiętasz? ;)
Wiem, że często puszczam Pendragon, ale nic na to nie poradzę. Uwielbiam ICH!!!
Ja Tuśkę zostawiłam w tamtą noc na wsi, tam ona aż tak się nie boi huków jak w Krakowie. W zeszłym roku ledwo ją wyciągnęłyśmy z mamą z łazienki. Życzę wszystkiego najlepszego :)
OdpowiedzUsuńZim, ja się bałam, żeby Sonia mi gdzieś zawału nie dostała i dlatego te moje śpiewy, żeby zagłuszyć petardy. O,ja głupa, myślałam, że będę głośniejsza ;)
OdpowiedzUsuńFakt, na wsiach mniej tego huku dochodzi :)