czwartek, 27 stycznia 2011

Trochę czasu minęło od mojego ostatniego wpisu, a tu znowu tydzień zaczyna dobiegać końca i podświadomie przygotowuję się do weekendu, który notabene niczym różnił się nie będzie od poprzednich. Co u mnie? Żyję sobie powolutku, spokojnie i odkrywam swoje możliwości. O czym piszę? Już tłumaczę. Kiedyś myślałam, że mnie do szczęścia nie będzie potrzebne gotowanie, że doskonale poradzę sobie z tym, co oferują sklepy, że właściwie to niekoniecznie będę musiała zjadać ciepły posiłek. Kierowałam się zasadą, byle coś tam wrzucić do pojemnika na jedzenie nieistotne, co to będzie, czy będzie zdrowe i czy w ogóle wypada mi to jeść, często był to tylko jeden posiłek a prócz niego to kawa, kawa, KAWA!  Teraz nie jest inaczej,  nadal zjadam bardzo mało, jednak staram się, aby to pożywienie, które sobie dostarczam zawierało witaminy, które pozwolą funkcjonować w stopniu zadowalającym. Kawa oczywiście też jest, bo bez niej nie wyobrażam sobie życia. Przez długi okres czasu wystarczało mi to, co miałam, ale w momencie, kiedy zmieniłam swoje życie i zakończyłam pewne jego etapy, zaczęło ciągnąć mnie do czegoś nowego. To coś znajdowało się w kuchni i miało cztery palniki. Przez parę dni chodziłam wokół tego czegoś i myślałam..., czy faktycznie wiem, na co się porywam? Odpowiedź padała od razu - oczywiście! Kobietą jestem, gotować trza mi umieć, no! Problem był jeden - moja mama! Ponieważ mamy bardzo różne charaktery, to nie odpowiada mi jej osoba w kuchni podczas mojej pracy. Nie lubię, kiedy ktoś stoi nade mną i co chwile mówi mi: tego tak nie rób, to sobie możesz dać na inny talerz i blebleble. Szybko wyprowadzam się z równowagi i tracę cały zapał. Kłócić się nie chcę, ale niestety często tak się to kończy. Moja rodzicielka nie potrafi zrozumieć, że ja chcę robić po swojemu, trudno. Na szczęście, mama dwa razy w tygodniu chodzi do pracy. Plan w mojej głowie powstał, mogę dominować w kuchni w poniedziałki i czwartki, jupi! :) Tamten tydzień zaowocował w sałatkę z tuńczyka. Bardzo prosta do wykonania, a smaczna, że palce lizać, no i zdrowa do tego. Dzisiaj plan zakładał, że wykonam spaghetti. Tata był oczywiście wtajemniczony, ktoś musiał kupić część potrzebnych mi  składników. Mama wyszła o godzinie 13:30, a ja przystąpiłam do dzieła. Zwykłego spaghetti nie lubiłam nigdy, nie smakowało, było zbyt ciężkie dla żołądka. W internecie wyszukałam przepis na "zdrowe" spaghetti, które w sosie zawiera przede wszystkim warzywa z dużą ilością ziół. Cukinia, zielona papryka, marchewka, czosnek, cebulka, pomidory w puszcze, do tego bazylia, zioła prowansalskie, słodka papryka, czarny pieprz i oliwa z oliwek... Mięso oczywiście też - mielone z indyka, sól i pieprz. Odpowiednie proporcje wrzucane w odpowiednim czasie i powstaje wyśmienity sos, który dopełni całości. Do tego parmezan i Bon Appétit! Odkryłam w sobie nową pasję. Wiecie, co? Lubię gotować, lubię patrzeć, kiedy druga osoba je, aż jej się uszy trzęsą, kiedy mówi, że to jest dobre. Jak na pierwszy raz, to mi się udało :) Hm, może też dlatego tak mi to wyszło, bo nie dopuszczałam do siebie myśli, że coś mi się może nie udać? Przyjemne uczucie, bo nie robię tylko dla siebie, bo obdarowuję innych, bo jest to zdrowe i na pewno im nie zaszkodzi! Ktoś będzie chciał przepis na to pyszne, zdrowe spaghetti, niech pisze :) 


Wiecie, co dzisiaj jest za dzień? Moja sąsiadka np. nie wiedziała i bardzo zdziwiło ją to, że tyle flag wisi na słupach, zastanawiała się nawet, jak to mogli nie ściągnąć tych flag od 11 listopada, przecież to już tyle czasu? Po co one mają tak powiewać :) Może gdyby to było inne miejsce, to bym się nie zdziwiła, ale miasto zobowiązuje do pewnych rzeczy. Tak. Dzisiaj jest 66 rocznica wyzwolenia Auschwitz-Birkenau. Od rana w mieście można było słyszeć przelatujące helikoptery, syreny policyjne, strażackie. Ruch na ulicach był wstrzymywany w obrębie obozu i Międzynarodowego Domu Spotkań Młodzieży. Akurat tak się składa, że mieszkam obok jednego i drugiego miejsca, a dzisiaj jest czwartek i miałam kontrolę u chiruga. Auto moje odpadło, bo naprawia się u mechanika, pozostał autobus lub nogi. Stwierdziłam, że szybciej zajdę, bo nikt mnie nie zatrzyma. Szybko wpadłam na ową  sąsiadkę, która wesoło stwierdziła, że mnie podwiezie. Kiedy ruszyłyśmy wyjaśniłam jej, jaki mamy dzisiaj dzień. Poleciały bluzgi, że pewnie nie zdąży do pracy..., nie myliła się, bo przy pierwszym rondzie policja pokazała nam: STOP! I tak sobie stałyśmy i stałyśmy, i stałyśmy... Po 15 minutach EUREKA. Ja do lekarza zdążyłam, ona do pracy nie ;) Powrót już na nóżkach,  w obrębie MDSM-u napatoczyłam się na ludzi z BOR, było też pełno samochodów rządkowych,. Pomyślałam, ło matko, Ci to mają obstawę... W tym momencie moje oczy dojżały Prezydenta RP. Najpierw  tradycyjnie, jak to w tych momentach bywa, opadła mi szczęka, mrugnęłam zatem jeszcze raz, że może mi się wydawało, ale wcale mi się nie wydawało. Jarząb mi się na twarzy pojawił, bo w życiu bym się nie spodziewała, że mogę najważniejszą głowę państwa zobaczyć, wracając "se" z LIDLA . To taka normalność, nieprawdaż? :) Nie wspomnę już, że borowcy zmierzyli mnie od stóp do głów...  Chyba dla nich wyglądałam troszkę podejrzanie. Sama nie wiem, to już nie można obładowanym ze sklepu wracać? Przecież ja jestem peace and love, and kopas w dupas ;) Wiem, wiem - musieli tak zrobić, to normalność. Więc sobie tak szłam, uśmiechając się pod nosem, a w głowie kiełkowała mi myśl, chłopaki, czym ja bym tego Prezydenta mogła zaatakować, cukinią? :) Nie spodziewałam się takich rozrywek w zwykły, szary czwartek :) Czas odpocząć, jutro kolejny dzień, chociaż nie zamierzam nic takiego robić. Wizytę w MOPS-ie przełożyłam, aż mi auto naprawią. Dobranoc, ktoś ma ochotę na spaghetti ze zdjęcia? Pyszne jest :)

4 komentarze:

  1. Muszę przyznać, że miałaś dużo przeżyć :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja mam ochotę! :) ja! i o przepis też poproszę - pozbawię go mięska i będzie w sam raz :)

    OdpowiedzUsuń
  3. A ja robię ostatnio klasyczne po bolońsku :) Smacznego :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Kala, zatem w komentarzu u ciebie będzie przepis :)

    OdpowiedzUsuń