Wirusy dają się we znaki. Przez nie dzisiaj odwołano moją wizytę w Siemianowicach Śląskich. Chirurg, do którego miałam się udać zachorował, co prawda jego samego zastąpił inny, ale nie wiadomo, czy zostałabym przyjęta ze względu na dużą liczbę oczekujących. Pani, z którą rozmawiałam przez telefon, zapytała mnie, czy sprawa jest pilna. Pierwszy raz w życiu nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Hm, no bo czy jest pilna? Prawie 2 lata czekam na zagojenie i żyję, więc...? Mogę poczekać jeszcze te parę dni. Sprawa niby pilna, ale na pewno do przyszłego tygodnia nie umrę, przynajmniej na to schorzenie. Chciałam mieć już te Siemianowice za sobą, ale z drugiej strony ucieszył mnie też fakt, że nie musiałam tam dzisiaj jechać. Pogoda zupełnie niesprzyjająca, nie na taką trasę, jaką miałabym pokonać. W przyszły czwartek na 100% wyjazd do Siemianowic. Godzina 12:15. Odpadnie mi wizyta u mojego dochtóra, ale nic tam, bardziej ich odwiedzam, niż oni mnie leczą. Gdyby nie alternatywa, którą posiadam, nie miałabym żadnej wizji powrotu do zdrowia, dlaczego, bo w moim szpitalu postawili na mnie przysłowiowy krzyżyk. Nie wiadomo, dlaczego mój organizm nie walczy z paskudztwem, a oni mogą tylko zmieniać opatrunki na dzień dzisiejszy... Ja sobie to robię mniej boleśnie, więc dla mnie żadna przyjemność na opatrunki chodzić, trzeba czekać wg. nich..., ale na co? Przecież organizm człowieka nie może żyć z otwartymi ranami, albo może? Sama już nie wiem. Może to jest tak, że do wszystkiego trzeba się przyzwyczaić? Co nas nie zabije, to nas wzmocni? Kto to wie. W każdym razie, funkcjonuję, dolegliwości bólowe mniejsze, za to zwiększył się proces wycieku, rana na lekki dotyk krwawi i są problemy z zatrzymaniem. No cóż, coś za coś, chociaż gdybym miała wybierać, wolałabym bardziej pocierpieć, mniejszym kosztem opatrunków. Znowu cena za plaster, który używam poszła w górę. Teraz kosztuje 6,10 zł, a ja w tygodniu potrzebuję takich 2.
Ostatnio spotyka mnie tyle dobrego, że nawet sobie nie wyobrażacie. To dobro tworzycie Wy. Sprawiacie, że buzia uśmiecha mi się z dnia na dzień coraz szerzej. Widzę, jak wiele znaczę, jak część z Was stara się mi pomóc, porusza niebo i ziemię, mobilizuje. Przez te kilka dni dowiedziałam się wielu rzeczy, które zadziałały na moją korzyść, i które spróbuję wykorzystać w najbliższym czasie. Łezka kręci się w oku, kiedy widzę, że nie tylko ja walczę o siebie, że część z Was walczy razem ze mną. Nie chcę wymieniać z imion, bo to nie o to chodzi. Chcę tylko, abyście wiedzieli, że będę Wam wdzięczna do końca życia.Walka, która jest przede mną może być ciężka, bo to, co zajęło moje plecy nie za bardzo chce sobie pójść, ale myślę, że odprawimy jakieś czary mary w komorze i pogonimy paskudy, a kysz? Pomożecie? Kisioł napisze jakiś wiersz może z tej okazji? :)
Jutro wielki dzień. Mój malutki Misio osiągnie poważny wiek - lat 3! Jupii :)
Nie jestem i nigdy nie byłam w tej samej sytuacji, więc nie będę się wymądrzać jak to jest, co masz robić, jak się zachowywać... Ani nie będę Ci prawić kazań czy mówić, że to Twoja wina. Powiem tylko tyle, że jestem z Tobą.
OdpowiedzUsuńCzary mary, hokus pokus! Pewnie, że pomożemy :)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam. :)
Oby ten uśmiech nie znikał z Twej twarzyczki
OdpowiedzUsuń