poniedziałek, 17 stycznia 2011

Witaj wiosno, chciałoby się powiedzieć. Pogoda była dzisiaj idealna. Chciało się wyjść i zawyć do słońca, podziękować, że jest, że świeci, że swoimi promieniami, pomaga spojrzeć w lepszym kierunku, że potrafi być dodatkową motywacją na występujący czasami kryzys zwany zawieszeniem się człowieka. Korzystając z dzisiejszej aury, wypuściłam swoje ciało na spacer, połączony z załatwianiem spraw. Trochę rzeczy mnie goniło, a czasu coraz mniej. Bardzo często robię coś na ostatnią chwilę, taki już urok mój. Jednak, komu by się spieszyło do lekarza, do czekania w kolejkach, do wysłuchiwania, jak ludzie licytują się, kto jest bardziej chory, kto ma gorzej. Nienawidzę takiego postrzegania przez ludzi, takich dziwnych wyznaczników. Zawsze powtarzam, że dla każdego własna choroba jest największą życiową tragedią i nie można się licytować! Ja mam to, Ty masz to, ja cierpię, Ty też i koniec dyskusji. Umiejętność znoszenia swojej choroby zależy od człowieka. Jeden lubi o tym mówić, drugi nie. Ja należę do tej drugiej grupy i kiedy tylko ktoś próbuje mnie wypytywać, wstaję i wychodzę. Dzisiaj właśnie takie coś miało miejsce. Kończy mi się niepełnosprawność, którą mam od 2001 roku. Dawno temu ratowałam kota, bo wiecie, ja kocham zwierzęta i przypłaciłam to uszczerbkiem na zdrowiu.  Wbiłam sobie szpikulec od ogrodzenia w przedramię i tak zawisłam. Komplikacje, które wynikły w trakcie kilkuletniego leczenia sprawiły, że nie mam kości w ręce, mam chore nerwy, przykurczone palce i wrośnięte ścięgna... i mogłabym tak wymieniać, ale po co? No. W każdym razie, potrzebowałam tylko, aby mój Lekarz Rodzinny, podbił mi zaświadczenie lekarskie o stanie zdrowia. W rejestracji pielęgniarka zrobiła wielki problem, kiedy poprosiłam ją, czy nie mogłabym tego dla doktora zostawić, bo nie chcę być wśród chorych, gdyż mam problemy z odpornością, a muszę być zdrowa ze względu na leczenie, które mnie czeka. Kobieta odpowiedziała mi, nie da się teraz nie chorować, mam  usiąść do kolejki i zapytać lekarza, czy mi to podbije. Hym, wzięłam głęboki oddech, pomyślałam, może kobieta mnie nie zrozumiała? Spróbowałam raz jeszcze, szybko przekonując się, że osoba znajdująca się w rejestracji nie jest dla ludzi. Gdybym była wredna, powiedziałabym jej parę słów, ale że dzisiaj ładna pogoda panowała to powiedziałam tylko, że czasami niektórzy wybierają niewłaściwy dla siebie zawód...Pani aluzję zrozumiała, bo coś zaczęła pyskować, nie usłyszałam jednak ani słowa, bo zamknięte okienka sprawiły, że stała się niema... Poczłapałam do miejsca przyjmowania przez doktora..., wszędzie widziałam wypadające bakterie z kaszlących jadaczek. Nieźle - pomyślałam, na bank złapię tutaj jakieś badziewie, jednak wiedziałam, że muszę podbić to zaświadczenie. Przedział wiekowy, który czekał do doktora wynosił 65-80 lat. Ulokowałam się koło najmniej kaszlącej pani, zasłoniłam usta i postanowiłam czekać. Wtedy to, owa pani, zapytała, co taka młoda dziewczyna robi u lekarza. Uśmiechnęłam się i odpowiedziałam, że czekam na przybicie pieczątki. Nie wystarczyło, natura jej pewnie nie pozwalała nie zapytać. Pieczątka? A po cóż to? Potrzebna do zaświadczenia o stanie zdrowia - krótko, zwięźle i na temat :) E tam, przecież nie wyglądałam na chorą. Nie chciałam się więcej odzywać, bo wiedziałam, że jedno pociągnie drugie, dlatego uśmiechnęłam się tylko i nie odpowiedziałam. Kobieta jednak się nie poddała i walnęła prosto z mostu. Powiesz mi na co chorujesz? Jesteś taka młoda, bo ja w twoim wieku... O żesz - nie!!! Proszę Pani, wbrew pozorom, nie jestem taka młoda, a mojej choroby i tak Pani by nie ogarnęła, przepraszam... wstałam i wyszłam. Nie wiem, naprawdę coś mi się dzieje, kiedy ktoś próbuje mnie pytać o moje chorowanie. Gdyby jeszcze nikogo nie było, mogłabym się zastanowić, czy uchylić rąbka swojej tajemnicy, ale tam była cała poczekalnia i każdy słuchał, niby nie słuchając. Ja tak bardzo chcę być zdrowa, że nie chcę o tym rozmawiać,  nie chcę opowiadać, co przeszłam. W niczym mi to nie pomaga. Chcę zapomnieć, nie cofać się. Kiedy drugi raz przyszłam do doktora, akurat nikogo nie było, weszłam a doktor, no to czemu tu przyszłaś? Mogłaś przecież to zostawić w rejestracji, nie narażać się na zachorowanie. Panie Doktorze, ja tak właśnie chciałam zrobić i ble ble ble. Najważniejsze, że załatwiłam i jutro udaję się zawieźć papiery, a potem pozostaje czekać na komisję.

To tyle z życia Salanee. Idę w końcu coś zjeść, bo od rana tylko jogurt i troszkę białego sera na pieczywie ryżowym wpadło mi do brzuszka. Ma ktoś ochotę na rzodkieweczki? Wpadać, jakby co :)

3 komentarze:

  1. Widzisz, starszym ludziom dzisiaj jest trudno zrozumieć, że młodsi od nich chorują... Mnie też czasem to spotyka, chociaż ostatnio mniej, bo akurat do tej przychodni też przychodzi dużo młodych ludzi i w średnim wieku. Znajomy mi opowiadał, że dawniej nie było takiego skażenia środowiska i tylu konserwantów w żarciu, to raz. Po drugie, jeszcze nie tak dawno temu nie było takich szczepionek czy leków jak teraz. W czasach młodości tych ludzi, o których piszesz, przeżywali tylko najsilniejsi. Myślę że dlatego teraz jest im to trudno ogarnąć. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dlaczego tu jest tak na czarno? Mój wykładowca też był na czarno dziś ubrany. Czyżby znowu jakaś żałoba, a tylko ja i moi znajomi z roku o czymś nie wiemy?

    OdpowiedzUsuń
  3. Hehe, Zim nie, postanowiłam zmienić sobie szablon :) Lubię ciemne kolory :D

    OdpowiedzUsuń