Rach, ciach i znów poniedziałek - zimny na dodatek. Mam nadzieję, że są to jednak resztki zimy i za niedługo wszyscy będziemy mogli cieszyć się wiosną. Pełno spraw na głowie i jak zwykle części nie załatwiłam. Dokumentów do MOPS-u nie oddałam, bo kobiety zajmującej się moim terenem nie było. Chyba jakieś pieniądze dzisiaj rozdawała instytucja, bo ludzi pełno i jakoś nie każdemu dobrze z oczu patrzyło... Ja wiem, że nie należy człowieka oceniać po wyglądzie, ale jak się człowiek przy okazji nasłucha, to częściowo zdanie zmienia. Połowa z tych, co tam przychodzą to dla mnie śmierdzące lenie, którym się nie chce pracować - taka prawda. Słyszałam rozmowę pomiędzy dwoma mężczyznami, gdzie jeden mówił do drugiego, że odrzucił ofertę pracy, za wcześnie trzeba by było mu wstać.Woli przyjść do MOPS-u po zasiłek, a resztę pieniędzy ma ze sprzedanych puszek i innych takich. Pomyślałam, że te puszki to pewnie na śmietniku szuka, więc nie wiem, czy nie lepiej by mu było pracować, jak człowiek, a może ja mam inne pojęcie normalności? Z twarzy można było wyczytać, że większość z nich lubuje się w alkoholu, wygląd potrafi w tym wypadku dać rozeznanie w sytuacji. Rozumiem, że jakoś przetrwać muszą, ale czy jedynym rozwiązaniem problemu jest alkohol? Nie można spróbować żyć godnie? Nie wrzucam wszystkich do jednego worka, bo byli tam i ludzie biedni, którzy robią, co mogą aby zapewnić przyszłość dla siebie, swoich dzieci, i każdy grosz odkładają, żeby tylko dla pociech było. Serce płacze, kiedy widzi się sytuację, gdzie dzieci biją się o jednego małego lizaczka, bo mama kupiła im na pół..., więcej pieniążków nie miała. Widziałam dzisiaj dużo. Zastanawiam się, czy pasuję do tych ludzi, przecież w domu mi niczego nie brakuje, rodzice pomagają, mam ciepłe miejsce, nie cierpię głodu, czy mam prawo prosić o pomoc? Czy nie zabiorę innym jakiejś ich części? Pomijam już moją psychikę i poczucie godności, boli fakt, że nie mam nawet na jedno opakowanie kompresów gazowych, kiedy widzę, że kończą mi się opatrunki mam od razu stres, że znowu będę się musiała prosić rodziców. Nie lubię tak... Staram się nie myśleć kategoriami, że mi się nic nie należy, bo w domu jest wszystko. Nie da się wytłumaczyć, co czuję w środku, że nie mam własnych pieniędzy na leczenie..., nikomu nie życzę znaleźć się w takiej sytuacji, ale pewnie i tak mielibyście więcej szczęścia ode mnie. Znając życie, to pewnie nie dostanę nic też z MOPS-u, bo zarobki rodziców są takie, że na osobe przekracza 315 zł..., co kogo obchodzi, że leczenie miesięcznie wychodzi o wiele więcej..., a jak jeszcze pomyślę, że czekają mnie dojazdy do Siemianowic... Na razie jednak wyrzucam to z czaszki..., nie chcę się nakręcać, bo automatycznie widzę bezsens mojego życia.
Kto mnie zna wie, jak bardzo uwielbiam zwierzęta. Na blogu też o tym wspominałam, więc kto czyta, może wyczytał, że taki fakt u mnie istnieje :) Wczoraj przytaszczyłam do domu rudego kota, ale nie ubiegajmy faktów... Jak w każde niedzielne popołudnie, wyszłam z psem na dwór (chodzę też w każdy inny dzień). Moja Sonia, uwielbia gonić koty, tak dla zasady, bo gdy kot przystanie, nastroszy futerko i zacznie prychać na Sonię, ta zdziwiona, poburczy jeszcze troszkę na niego i odejdzie, jakby nic się nie stało. Mina jej taka, jakby chciała powiedzieć, ale o so chodzi... Przy bloku mamy parę bezdomnych stworzeń, które są dokarmiane przez część dobrych ludzi. Koty mają swoje miseczki, które zapełniamy jedzeniem, mają rozłożone styropiany, żeby im w łapki zimno nie było, brakuje tylko dachu nad głową, ale już w tym roku nic nie zdziałam. One i tak śpią w innym miejscu, mam nadzieję cieplejszym niż dwór. Dzięki nim, nie ma przy blokach szczurów i innych takich gryzoni (chociaż ja szczury uwielbiam, ale te hodowlane ma się rozumieć) Kilka dni temu, zauważyłyśmy z mamą, że do bandy 6 kotów, dołączył nowy. Rudzielec, jak się patrzy, widać, że nie głodujący. Wyjadał z miseczek, wygrzewał się na styropianie. Pojawiał się i znikał. Wczoraj, podczas mojego spaceru, Sonia jak zwykle dojrzała kota - burego. Pogoniła biedaka, dostała ode mnie burę, że tak nie wolno robić! Podeszłam w miejsce, gdzie kotek się wylegiwał, chciałam mu powiedzieć, żeby się nie bał, że już sobie idziemy. Zaczęłam go wołać, chociaż i tak wiedziałam, że nie przyjdzie, przecież to dziki kot. Tradycyjnie zawołałam, kici, kici, kici... Ku mojemu zaskoczeniu zza ogrodzenia wyłonił się rudzielec, który dumnie zaczął do mnie kroczyć... Przycupnęłam, żeby go nie wystraszyć i zawołałam podobnie. Rozległo się wtedy takie żałosne MIAUUUUU, łapki szybko przybiegły do mnie i stworzenie zaczęło się ocierać o moje nogi... Futerko miał takie mięciutkie, kiedy go głaskałam, tak fajnie mruczał...Sonia po drugiej stronie trawy, przystanęła zdziwiona, nie podbiegła do mnie, postanowiła się obrazić. Głaskałam go chyba ze 20 minut, po czym oznajmiłam, że muszę iść do domu, na co on do mnie MIAU, MIAU, MIAU..., i to jego wołanie było takie żałosne, że aż mi się płakać zachciało. Wytłumaczyłam, że musi tu zostać, bo ja mam psa, nie mogę go zabrać... Niech się schowa, bo zimno idzie... (tak, gadałam z kotem, uwielbiam to robić)... Ruszyłam do Sonii, a ten biedak ogon do góry i za mną, wesoło miaucząc. O nie! Widziałam tragedię, która się zaraz wydarzy, bo Sonia patrzyła..., i patrzyła..., i patrzyła, a ten podbiegł do niej, a ona NIC! Szok mnie ogarnął, on się jej nie boi, ona mu nic nie robi? Nie może być! Co tu robić - pomyślałam. Ja w lewo, kot i Sonia za mną, ja w prawo, oni za mną. Mama w domu śpi, taty nie ma, help?! Pomyślałam, wezmę go na chwilę do domu, dam mu wody, kiełbaski i wypuszczę, to jest dorodny kot, da sobie radę. Gdyby nie tata, to kociak zostałby pewnie na zawsze, ale... Kiedy mama mnie zobaczyła ze stworzeniem i Sonią, od razu było...- Ło rany, jaki śliczny, i blebleble... Musiałam wytłumaczyć, co to się narobiło, że ja go tylko chciałam pogłaskać, nie myślałam, że będzie chciał ze mną podróżować. Koniec końców, kot sam chciał iść na dwór, więc napojony i najedzony opuścił me włości, a ja odstawiając go w miejsce, gdzieśmy się spotkali, czmychłam ile sił w nogach, żeby nie pobiegł za mną. Droga przy bloku jest uczęszczana przez samochody, nie wiadomo, co by się biedakowi mogło przytrafić... Nie każdy człowiek ma serce dla zwierząt. Dzisiaj Rudzielca nie widziałam, ale na pewno jeszcze trawi wczorajsze strawy :) Kiedyś nadejdzie taki dzień, że w moim domu znajdzie swoje miejsce jakiś kot, nie ma innej opcji.
i któż zaprzeczy? masz wielkie serducho i tak trzymać!
OdpowiedzUsuńChyba nikt nie zaprzeczy :) Zwierzęta tak, jak ludzie zasługują na dobro i troskę :)
OdpowiedzUsuńNa podwórku przy moim rodzinnym domu kotów jest mnóstwo. Chłopcy wiele razy zwabiali jakiegoś do przybudówki gdzie zwykle stał mój wózek a Szyszek biegał do kuchni po "pajówkę (parówkę) dla kotka). Sami niestety co do zwierzyńca w domu ograniczaliśmy się jedynie do zwierzątek klatkowych lub rybek z racji tego, że ja większość czasu spędzałam na podłodze... Szkoda bo właśnie kot zawsze mi się marzył.
OdpowiedzUsuńBuźka :)
U nas w Krakowie jest taka akcja - "Pomagam - nie daję". Dotyczy ona żebrzących dzieci na ulicach mojego miasta. Bardzo często zdarza się tak, że rodzice te pieniądze zabierają i potem kupują papierosy, alkohol itp. U mnie na osiedlu też widzę tych zbierających puszki. Oczywiście, na pewno nie każdy to pijak czy coś, ale wielu na pewno. A co do biedy - to jest jedna z przyczyn, dla których przestałam wierzyć w te bajki które powtarzają w mediach, co mówią o wzroście gospodarczym i tak dalej.
OdpowiedzUsuńKotki... U nas też jest ich sporo :) Choć i tak, jak sobie przypomnę jak byłam dzieckiem, to w naszej piwnicy było aż 6 pokoleń kotów :)
Pozdrawiam :)
Jak widać, koty w życiu towarzyszą każdej z nas :) Gdybym mogła, zagarnęłabym wszystkie bezdomne... Kala, gdy byłam mała też tak wynosiłam jedzonko, nie wspomnę ile kotów przytachałam do domu :)
OdpowiedzUsuńZim, u mnie główni żebrzący to ludzie pełnoletni, ale niekoniecznie starsi. Paru nawet znam, kiedyś punkowcy, wiadomo anarchia, mam w nosie wszystko i tak właśnie zostali nikim, bo nie chciało się zdobyć wiedzy, jabcoki i butapren był jedynym wyznacznikiem. Dzisiaj mieszkają na jakiejś melinie i co chwilę widzę ich, jak grzebią w kontenerach. Czasami dawałam im jakiegoś grosza, bo mi było żal, ale..., oni nie robili nic, aby się zmienić, więc zaczęłam pomagać w inny sposób, przestałam dawać. Nie wiem, czy ich to czegoś nauczy, wątpię, dla nich najważniejsze jest mieć co wypić, naćpać się, a wszystko inne nie jest istotne.
Kociak pewnie gdyby mógł, chętnie by się zadomowił. Też bardzo lubię zwierzęta, ale niestety nie mogę sobie pozwolić na nic więcej niż rybki, a i one pewnie by nie przetrwały :) Ale lubię czytać takie historie, pozdrawiam serdecznie!
OdpowiedzUsuńJakubie wiesz, że zawsze chciałam mieć rybki? Takie wielkie akwarium z najróżniejszymi gatunkami rybek. Marzył mi się do tego zamek i jaskinie, żeby miały gdzie pływać. Przez całe swoje życie dorobiłam się tylko dwóch bojowników, płakałam za każdym z nich. Żal wszystkiego, co żyje, a potem kończy swój żywot, dlatego więcej nie chcę tego przeżywać. Płakałam nawet za rybką :)
OdpowiedzUsuń