Dokładnie Aldusia, Ach!!! Inaczej opisać tego się nie da. No, można by jeszcze dawać ochy, echy i inne pochodne, ale i tak nie przełożę tego na obraz, który zarejestrowały moje oczy i to, co przeżyłam... Żeby nie było jednak tak smutno, to napiszę - mam zdjęcia, taką namiastkę weekendu.
Uwaga, zaczynam!
Wraz z Kisiołkiem postanowiliśmy w sobotę wyruszyć w trasę, która miała przebiegać przez Beskid Mały. Góry są usytuowane niedaleko naszego miejsca zamieszkania, więc bez zbędnych ceregieli o godzinie 9tej zameldowałam się pod znanym Kisiołowym garażem. Frekwencja miała być 3 osobowa, ale z braku nie wiem chęci, czy czegoś innego, pomniejszyła się do 2 osób, wiadomo jakich :) Po szybkim przeglądzie, uzupełnieniu smarów łańcuchowych, można było powiedzieć - jedziemy!!! Pogoda, jako nasz sprzymierzeniec, nie pozwoliła się męczyć i pocić. Było wilgotno, słoneczko skryte za chmurkami, co jakiś czas dawało znać, że jedzie sobie z nami. 40 km zbliżył nas do góreczek, które spowodowały, że zmiękło mi serce, a oczy same od siebie zrobiły się mokre. Uwielbiam to uczucie, kiedy czuję się taka wolna i wiem, że mogę wszystko. Przeszkadzały nam co jakiś czas samochody, które zdecydowanie za szybko brnęły do obranych sobie celów, niestety jest to nieuniknione, kiedy nie ma przystosowanych dróg dla nas - rowerzystów. Jak to jednak mówią, kto nie ryzykuje, ten nie ma... Cel pierwszy - Zapora w Czańcu:
Nie było możliwości, aby się przy niej nie zatrzymać. Zdjęcia nie oddadzą klimatu tego miejsca, dlatego pozostawiam Was z waszą wyobraźnią. Kiedyśmy popstrykali troszkę zdjęć, znaleźli zdechłego tudzież zabitego suma, gdzie Kisioł nie omieszkał zepsuć smaku mówiąc, że teraz nie wiadomo, jakie są te ryby sprzedawane na talerzu, wyruszyliśmy dalej... Kozubnik, niegdyś kurort wypoczynkowy nie dla zwykłych zjadaczy chleba, teraz opustoszałe miejsce, które straszy szkieletami budynków. Wierzyć się nie chce w to, co się widzi, jak się tam jest... Szkoda tego, ale cóż, czasami jest za późno na renowację... Podjazd do ruin nie był zły. Właściwie to kipiałam energią i nie odczułam nachylenia.
Zjazd był jeszcze lepszy. Jest to niewątpliwa nagroda, za podjazd, aczkolwiek zmarzliśmy troszkę.
Kolejny, decydujący cel to Wielka Puszcza - miejscowość Beskidu Małego, a raczej mała wioska, która uchodzi do Soły w rejonie Porąbki. Wielka Puszcza znajduje się u podnóża Trzonki, Okrągiełka, Kocierza i Wielkiej Bukowej. Graniczy m.in. z Przełęczą Beskidu Targanickiego. Tam to właśnie mogliśmy sprawdzić swoje mięśnie, wydolność oddechową i innego tego typu rzeczy. Końcówka okazała się być miażdżąca, zabrakło mi paru metrów, aby pokonać ten morderczy wyjazd bez zejścia z roweru. Nie zeszłabym, ale nie byłam w stanie jechać. Koło podnosiło mi do góry i kiedy zeszłam z jednośladu, nie byłam w stanie ruszyć ponownie. Widać za lekka jestem... Widzę efekty spadku wagi, widzę jak lekko jest mi wyjechać, nie brakuje powietrza, nie mam zadyszki, jestem w pełni wydolna. Zresztą, w tym dniu w ogóle się nie męczyłam. Hym :)
Po osiągnięciu szczytu, miało być najlepsze. Zjazd! Ponieważ człowiek się uczy na błędach, postanowiliśmy założyć z Kisiołem kurtki zanim zjedziemy. I poszło!!! Cel - Andrychów. Zjeżdżaliśmy nie wiem, jak długo. wiem że prędkość wyniosła 52 km/h, wiem że bałam się, wiem że adrenalina we mnie była maksymalna!!! Wszystko, co dobre się kończy. Wypłaszczenie zgasiło adrenalinę, ale nie zgasiło chęci dalszej jazdy. Kręcąc, dotarliśmy do celu, tam w parku daliśmy odpocząć swym członkom. Uzupełniliśmy paliwo, czyli zjedliśmy Snickersa, pooglądaliśmy ptactwo parkowe, ja oczywiście byłam najbardziej wniebowzięta ;)
Zjazd był jeszcze lepszy. Jest to niewątpliwa nagroda, za podjazd, aczkolwiek zmarzliśmy troszkę.
Kolejny, decydujący cel to Wielka Puszcza - miejscowość Beskidu Małego, a raczej mała wioska, która uchodzi do Soły w rejonie Porąbki. Wielka Puszcza znajduje się u podnóża Trzonki, Okrągiełka, Kocierza i Wielkiej Bukowej. Graniczy m.in. z Przełęczą Beskidu Targanickiego. Tam to właśnie mogliśmy sprawdzić swoje mięśnie, wydolność oddechową i innego tego typu rzeczy. Końcówka okazała się być miażdżąca, zabrakło mi paru metrów, aby pokonać ten morderczy wyjazd bez zejścia z roweru. Nie zeszłabym, ale nie byłam w stanie jechać. Koło podnosiło mi do góry i kiedy zeszłam z jednośladu, nie byłam w stanie ruszyć ponownie. Widać za lekka jestem... Widzę efekty spadku wagi, widzę jak lekko jest mi wyjechać, nie brakuje powietrza, nie mam zadyszki, jestem w pełni wydolna. Zresztą, w tym dniu w ogóle się nie męczyłam. Hym :)
Po osiągnięciu szczytu, miało być najlepsze. Zjazd! Ponieważ człowiek się uczy na błędach, postanowiliśmy założyć z Kisiołem kurtki zanim zjedziemy. I poszło!!! Cel - Andrychów. Zjeżdżaliśmy nie wiem, jak długo. wiem że prędkość wyniosła 52 km/h, wiem że bałam się, wiem że adrenalina we mnie była maksymalna!!! Wszystko, co dobre się kończy. Wypłaszczenie zgasiło adrenalinę, ale nie zgasiło chęci dalszej jazdy. Kręcąc, dotarliśmy do celu, tam w parku daliśmy odpocząć swym członkom. Uzupełniliśmy paliwo, czyli zjedliśmy Snickersa, pooglądaliśmy ptactwo parkowe, ja oczywiście byłam najbardziej wniebowzięta ;)
Ptaszki udawały, że mnie nie widzą ;) Przygoda nasza zakończyła się ubłoconymi rowerami i powrotem do szarej rzeczywistości...
Dzień następny, to skromna trasa ok 42 km i nagłe wypompowanie. Padłam o godzinie 21, a dzisiaj? Szaro buro i bez sensu. Sens stoi w piwnicy i czeka, aż go wyciągnę :)Więcej zdjęć znajdziecie w galerii Salanee of koz ;)


Ależ wspaniała, energetyczna relacja :)
OdpowiedzUsuńAgnieszko, przeczytałam dwa razy pod rząd, wydając z siebie okrzyki zachwytu i uniesienia :)
Ta Wolność właśnie jest tym, co mnie również fascynuje, ogarnia i zachwyca.
A zjazd z górki - o tak :) Ta energia, pęd, moc, ekstaza niemalże.
Jupi :)))))))))))))))
Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie :*
No to widzę że Salanee nieźle poszusowała sobie po naszych Beskidach :) Tylko się cieszyć razem z Tobą! Pozdrawiam :)
OdpowiedzUsuńAldi, nie każdy czerpie siłę z tej wolności. Ja nabrałam zapasów, którymi mogę się podzielić. Dzielę się z tobą, bierz ode mnie moc, która wraz z tobą pokona wszelakie przeciwności losu!!!
OdpowiedzUsuńJeszcze nie jeden raz podzielę się swoimi przeżyciami. O ile nic się nie zepsuje, przyszły tydzień taki będzie, ale póki co - nic nie piszę, wiadomo czemu :)
Hehe Zim, w tym samym czasie pisałyśmy i przegapiłam twój komentarz. Salanee poszusowała i chce jeszcze więcej :) Pogoda mi sprzyja, niby zapowiedzi deszczu, Oświęcim pozostaje suchy :)
OdpowiedzUsuńWidzę, że super wyprawa, a i ogoda dopisała. Zdjęcia cudowne:-).Życzę więcej takich wypraw.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam:-)