Tydzień zleciał. Szkoda, że jak zwykle z pogodą na bakier - wyjątkowo podłe lato mamy w tym roku, ale cóż, trzeba to jakoś zaakceptować. I mimo, iż nie wierzę w żaden koniec świata, to gdzieś tam przybywają do mnie myśli, że może jednak coś w tych przepowiedniach jest? Jakby nie było, część tego, co zostało napisane się sprawdza...
Aktywny tydzień (mimo braku pogody), sprawił że czuję się świetnie. Poranne trasy rowerowe umożliwiły mi wyhasanie się przed popołudniowymi deszczami, a wieczory spędzałam u Lali, jakby ktoś nie wiedział przypominam iż jest to miejsce, w którym króluje "sweter irlandzki" - Lalka, towarzysząca osobom spożywającym napój bogów. Szczególnie lubi chipsy, i gdy tylko do piwa ktoś je zakupi, ona już jest, kładzie łeb na kolanach, bądź też łapę i wgapia swoje śliczne ślepia w człowieka. Tym sposobem sprawia, że nikt nie potrafi się jej oprzeć i zawsze coś jej się dostanie - wiedzie poczciwy żywot psa barowego :) Lubię tam bywać, rodzinna atmosfera sprawia, że czuję się jak w żadnym innym miejscu. Szkoda tylko, że mają mały wybór napojów bezalkoholowych... A właśnie. Wczoraj po raz pierwszy od nie pamiętam kiedy, napiłam się. Tak! W normalnych okolicznościach bym tego nie zrobiła, dla byle kogo też bym tego nie zrobiła, ale... Kisioł miał urodziny, ja wyzdrowiałam, więc okazji mnóstwo. W skromnym trzyosobowym gronie, w zaciszu garażowym przy pysznych papryczkach zaprawionych zalewą octową (Banderas twórcą), przy kabanoskach i chlebku, urzędowaliśmy. Kulturalnie, wesoło i normalnie. Tak po prostu, jak powinno być, nie ukrywam, że brakowało mi tej normalności, tego poczucia, że życie jednak może być mało skomplikowane, że na dany moment nie trzeba się zastanawiać nad sensem (jakimkolwiek). Wspomnienia chłopaków pobudziły moją wyobraźnię i sprawiły, że jeszcze mocniej mi się chce. Chwile takie, jak wczoraj nie trwają wiecznie, o chociaż przepraszam - trwają, chłopaki dzisiaj poprawiają dzień wczorajszy, Pan Tadeusz im towarzyszy, ja towarzyszę im już duchem. Chłopaki, ino kulturalnie mi tam "być" ;)
Dzisiaj z samego rana byłam na badaniach. Jak zwykle problemy, jak zwykle nie chciałam oddać swojej krwi, jak zwykle mam wkłucia na obu rękach. Wyniki odebrane. Nie jestem zadowolona, myślałam, że będzie ciut lepiej. I chociaż żelazo troszkę podskoczyło, to cała reszta jest zła. Wyniki, które poprzednio były w normie, teraz już nie są, a te co nie były, zaliczyły dodatkowe spadki lub zwyżki. Póki nie udam się do lekarza, nie będę się martwić, gdyż nie czuję się źle. Jeżeli gdzieś coś się czai, niech się czai dalej, w końcu to dopadnę i zniszczę, no!
Znowu kucharzę. Jak wiadomo jest sezon na cukinię. Mam ich na działce mnóstwo, więc od kilku dniu wiodą one główny prym w moim odżywianiu. Szczególnie upodobałam sobie placuszki z cukinii z cebulką i marchewką. Przepis jest bardzo prosty, trochę czasochłonny, ale warto dla takiej dobroci. Kto ma dostęp do cukinii niechaj słucha, podaję przepis:
Składniki:
- 1 duża cukinia ( lub 2 średnie);
- 1 duża cebula;
- 2 jajka;
- 1 marchewka;
- 4 łyżki otrąb (ja daję 2 łyżki otrąb pszennych, 2 łyżki otrąb owsianych)
- sól, pieprz i przyprawy, jakie tam chcemy (ja używam oregano i przyprawę do grillowanych warzyw)
Wykonanie:
Obieram cukinie i cebulę. Ścieram ją razem z cebulą na drobnych oczkach, solę i odstawiam na 10 - 20 minut. Cukinia puści soki, które odsączam. Najlepiej to zrobić, przekładając ją na durszlak i odciskając dłonią. Czynność powtarzam kilkakrotnie, aż masa będzie sprawiała wrażenie suchej. Następnie ścieram marchewkę na drobnych oczkach i mieszam z masą. Dodaję jajka, otręby, przyprawiam i mieszam (trzeba dobrze posolić).
Rozgrzewam patelnię, lekko przesmarowuję olejem z winogrona (można użyć dowolnego) i wykładam masę łyżką na patelni formując małe placuszki. Smażę, przewracam na drugą stronę, dopiero wtedy, kiedy brzegi będą rumiane. Wykładam placuszki na talerz.
Jem je z serkiem wiejskim i sosem meksykańskim, dodatkowo pomidory, kalafior, czy co tam z warzyw mam pod ręką, ale... same placuszki też są bardzo dobre. W smaku przypominają placki ziemniaczane. Polecam każdemu. Są doskonałym dodatkiem do obiadu, czy też nawet mogą być głównym daniem. Zapychają na długo i są bardzo zdrowe!
Yami!!!Był też czas i na deser, który okazał się być rewelacyjny. To nic, że spędziłam prawie cały dzień w kuchni. Warto było! Przepis deserowy już wkrótce :) Tymczasem, dobranoc. Gdybym z jakiś przyczyn nie pisała, to znaczy, że wypoczywam, niekoniecznie w domu :)

Genialne placuszki, apetyczne.
OdpowiedzUsuńMniam :)
Uwielbiam cukinię.
Uściski, Salanee :*
Aldi, czekam aż wymyślisz jakieś danie z cukinią w roli głównej :D A te placuszki, mmm znów mi ślinka cieknie na samą myśl :D
OdpowiedzUsuń