niedziela, 3 stycznia 2010

Znowu się zbiera - nie wiem, co. Znowu przychodzi - nie wiem skąd. Śnieg za oknem. Gawrony pod drzewami. Przyjemny mróz... Dzień dzisiejszy upływa mi na smutno. I ten smutek, który u mnie występuje nie jest spowodowany przykrościami. Ogarnęła mnie taka jakaś pustka, bezsilność, brak chęci. Mogę usiąść i godzinami wpatrywać się w jeden punkt. Dzisiaj za cel, obrałam sobie sterczenie w oknie. Mało co mówię, jestem, jakby to powiedzieć w innym świecie. Nawet na muzykę nie mam ochoty.  Gdybym była w domu, na pewno teraz szusowałabym po stoku, byłabym szczęśliwa, wśród pięknych widoków, a mróz, który czasami nieprzyjemnie szczypi w twarz, byłby przyjemny. I zagarniałabym tę przyjemność całą sobą, nie podzieliłabym się z nikim, byłabym egoistką. Tak mnie ciągnie w góry, tak mi brakuje ich widoku. Tak bym chciała zamieszkać z dala od miasta, gdzieś wysoko na polanie wśród drzew, najlepiej Bieszczady lub Beskidy... Ech. Marzenia, których podobno nie mam. Czasami wydaje  mi się, że tak niewiele do szczęścia jest potrzebne, cieszymy się z małych rzeczy, które po złożeniu, tworzą jedną całość. I ma być wtedy lepiej, ale dlaczego tego czasami nie ma? Czego ja od tego życia chcę, albo jaki plan ma to życie na mnie. Czego ja jestem częścią? Po co ja nią jestem? Mam tu jakiś cel? A jak tak, to jaki? I czy komuś to się przydaje, że tu jestem? Tak mi jakoś beznadziejnie.

Dziękować lekarzowi dyżurującemu, że jest jeszcze sylwestrowy, i nie będzie mi dzisiaj  pobierał wycinków. Przeniesione to zostało na wtorek - uff. Niech mnie już nie męczą. Chciałabym odpocząć. Nie chcę już tak. Kryzys, kryzys, kryzys...

1 komentarz: