poniedziałek, 1 lutego 2010

2 miesiące w szpitalu. Długi to czas -  kiedyś niewyobrażalny, a tu jednak okazuje się, że można tyle wytrzymać. Dałam radę, mimo lepszych i gorszych dni - zawdzięczam to również paru osóbkom, bez których na pewno byłoby gorzej. Dobrze jest mieć przy sobie takie  bratnie dusze, które milczą, kiedy trzeba, i mówią, kiedy trzeba, tak niewiele, a jednak tak dużo...

Jutro wielki dzień, ostatnia operacja, przed całkowitym wyzdrowieniem. Boję się, ale to chyba normalne, żeby tylko morfologia wyszła dobrze, bo ostatnio to jakoś tak nijak, nic mi nie smakuje, mało zjadam, mało wypijam, wszystko mało. Najgorsze, że człowiek chciałby jeść, a tu się nie da.Taka jakaś dziwna zależność, i ma tu ją większość pacjentów. Chciałoby się rzec,  "w domu nabiorę sił", ale się nie rzeknie, bo prawda jest inna. Rana wygląda ładnie. Podczas przeszczepu będą ją musieli pogłębić, ale mnie to chyba różnicy nie zrobi, byle nie było takich blizn, byle bym mogła się schylać, siadać bez problemu, i co najważniejsze - opierać się! Marzeniem pozostaje położenie się na plecach... Ból w końcu też przejść musi, bo ileż można. Taka już jestem tym wszystkim zmęczona, że sobie nawet nie wyobrażacie. Trudno mi nawet o tym pisać, najciężej zawsze pod koniec, walczę, ale w sumie, bez przekonania. Dlaczego? Powrotu do normalności się boję. Ogarnia mnie lęk przed tym wszystkim, nie wiem, co mam robić, żeby zmienić swoje życie, rzucić pracą jest łatwo, ale znaleźć coś  w zamian, to jest sztuka. Zmienić miejsce zamieszkania, pójść, i zacząć żyć na własny rachunek, mieć spokój w domu, nie być od nikogo zależną, jednym słowem: mieć w nosie kłopoty rodzinne, i wieczne obarczanie. Jeżeli tego nie zmienię, to nie będę mogła walczyć o siebie, a to już chyba najwyższy czas, bo ani się obejrzę, i życie przeleci mi między palcami, a nic mnie w nim dobrego nie spotka. Sami sobie wyznaczamy tę naszą drogę, i tylko od nas zależy, jak to przeżyjemy. Tylko czasami ciężko jest podjąć ten pierwszy krok, bo może się to wiązać z poważnymi konsekwencjami...

Trzymajcie za mnie kciuki. Znowu znikam... Bywajcie...

3 komentarze:

  1. Trzymaj się-finisz już blisko,idzie nowe!jeszcze trochę-WYTRZYMASZ!JESTEM Z TOBĄ L.A

    OdpowiedzUsuń
  2. Jestem tu i będę. Coś wymyślimy, tylko zacznij dbać przede wszystkim o swoje zdrowie! :* Znów przytulam, już nie anonimowo :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Witaj Aguś!
    Mam nadzieję, że juz po przeszczepie i że wszystko dobrze.
    Choć wiadomo, że na etap końcowy trzeba sobie poczekać, ale juz jest dobrze. I bardzo się cieszę.
    Aguś zdrowiej i nabieraj sił, bo wiesz...czeka nas praca :-)
    Pozdrawiam ze śnieżnej Wielkopolski.
    Iva

    OdpowiedzUsuń