Ech, nie tak to miało wyglądać.
Dzień, zaczął się bardzo sympatycznie, pierwsze przetarcie oczu, udanie do ubikacji, toaleta w łazience, komputer - tam przyjemna i pożyteczna konwersacja. Amelka, jak co dzień, była punktualnie - po 9:00. Wydawało mi się, że mam dużo czasu, bo u chirurga miałam być na 11:00, dlatego zupełnie nie rozumiem, jak mogłam sobie ubzdurać, że jadę autobusem o 11:24..., po 10:00 dopiero włączył mi się trybik, i jak to ja, ubieranie w pocie czoła, kryzys też pojawił się, bo jak zwykle wszystko ginie, kiedy zajmie się tym Amelka, tym razem pozbawiła mnie kluczy, po serii bluźnierstw pod nosem, znalazłam je, i po raz kolejny powtórzyłam dziecku, że: "nie wolno cioci rzeczy zabierać". Mały łobuz, tylko szyderczo się uśmiechnął, i odpowiedział: "wolno ziabierać, bedem". Przemilczałam to bo sił mi brakło, i czasu też. Pędem udałam się na przystanek, o 10:35 stałam już w autobusie, jeszcze kierowca na przywitanie do mnie: "Bilecik proszę pokazać", z wywieszonym jęzorem odpowiedziałam, że: "chciałabym kupić dopiero". W normalnych okolicznościach, pan pewnie zapytałby się, dlaczego nie kupiłam w kiosku, ale jako, że dyszałam, to zrozumiał, że spieszyłam się bardzo, a że starość nie radość, to i kondycja już nie ta.
W samym szpitalu byłam o 10:58, wbrew mojemu przekonaniu, o kolejce ludzi kłócących się, była tylko jedna kobieta, która uprzejmie poinformowała , że doktor, który dzisiaj miał przyjmować jest nieobecny, zastępuje go inny, ale ze 30 minut temu wyszedł na oddział, za niedługo ma wrócić. Po 10 minutach od mojego przybycia - powrócił. Najpierw poszła pani, później ja, z tym, że jak mnie zobaczył, to od razu było, że Papinów nie przyjmujemy..., phi. Wepchnęłam się sama, potem sprawy kozetkowe, czyli pokazywanie pleców. I wtedy nastała cisza..., pomacał tylko okolice lędźwiowe, nie czułam żadnego dyskomfortu, dlatego spokojnie sobie leżałam. Postanowił wezwać mojego doktora, który opiekował się mną na oddziale. Przyszedł, razem z zastępcą ordynatora, pierwsze jego słowa: "ale co się stało, przecież rana była ładna w poniedziałek", na co doktor z poradni odpowiedział: "rana jest ładna, zobacz obok..." Wtedy już wiedziałam, że coś jest nie tak. Z-ca ordynatora pobrał posiew, potraktował mnie jeszcze narzędziami, sprawdzając, jak głęboka jest jama..., nadal nic nie czułam... Padły słowa: "Musimy to rozciąć, musisz iść do szpitala, przykro mi", "ale jak to do szpitala, jak to rozciąć, przecież dzisiaj jest 7 dzień, od mojego wyjścia, nie rozumiem. Nic mnie tam nie boli, a poprzednio, jak mi się robiły ropnie, czułam od razu, bólu się nie dało znieść" - odpowiedziałam... Wtedy, doktor nakierował moją rękę na to miejsce. Wszystko takie twarde, wiedziałam już, co to oznacza. Jest zbiornik z płynem w środku. Rozpłakałam się, z bezsilności, z braku pojęcia - dlaczego, jakim cudem. Doktor K.,chciał jeszcze czekać, ale pozostali lekarze zgasili jego zamiary mówiąc, że: "jak się to przedłuży, to te przetoki pójdą dalej, zejdą do pośladka, im szybciej to zrobimy, tym lepiej". Potem, wszystko się potoczyło szybko, skierowanie, i jutro powtórka..., szpital, operacja, setony...
Nie mogę tego pojąć, nawet myślałam, że może to przez to, że w domu przebywam, ale lekarz powiedział, że to się robi na zdrowej skórze, i nie ma nic wspólnego z ranami, poza tym, rany są ładne - goją się. Chyba nawet już nie muszę mówić, co w związku z tym wszystkim sobie myślę. Nie mam sił, i ręce opadają. W ogóle, szkoda gadać...
Co zrobić...
OdpowiedzUsuńSwego czasu pamiętam jak mi pulmonolog nie chciała wierzyć że po leku dostałam silnej reakcji uczuleniowej. A to było ewidentnie po nim. Od tej pory już do niej nie chodzę.
Kolejki... No cóż, z tego jak widać jak Polska długa i szeroka wszędzie jest tak samo :) Pozdrawiam serdecznie :)
To prawda, tylko ciężko jakoś z tym wszystkim mi się pogodzić. Jakby wyczerpały się te pokłady,które miałam, wierzyłam, że będzie lepiej, i co mam z tego? Nic, znowu zaczynam od zera, znowu niepewność, co będzie, a poza tym, dopiero stamtąd wyszłam, po zakichanych dwóch miesiącach, ech, to racja jest, jak mi powiedział W., "za szybko się cieszyłaś"...
OdpowiedzUsuńŻyczę Ci dużo siły i cierpliwości.
OdpowiedzUsuńOby wszystko potoczyło się bez dodatkowych komplikacji.
Bardzo cieplutko pozdrawiam.
Mimo wszystko, jak najlepszego dnia, dobrych wiadomości i przede wszystkim zdrowia.
Aldi, bardzo dziękuję, i witam :)
OdpowiedzUsuńMyślę,że bardzo szybko do Was powrócę.
Aga,no nie mów nawet że
OdpowiedzUsuńCię znów do szpitalnego wyrka przykują... Łapki opadają...
3maj się i nie daj się!
Salanee co tak bardzo się za Tobą stęsknili, że znowu Cię tam zaprosili?
OdpowiedzUsuńNie no ja żartuję, ale kurcze normalnie przerąbane. Nie rozumiem co sie stało, że kolejna operacja. Mam nadzieję jednak, że wszystko szybko się skończy i dobrze ułoży.
Ściskam mocno!