czwartek, 25 lutego 2010

Jak powszechnie wiadomo, nie zawsze bywam odpowiedzialna. Czasami, nie zdaję sobie sprawy z pewnych rzeczy, które mogą być konsekwencją różnych czynów. Wczoraj, o godzinie 20:00 wypiłam kawę. Niewątpliwie, był to feler, którego nie powinnam była wykonać, komentować tego nie trzeba, ja sama siebie przeklęłam, ale wiecie, jak się człowiekowi włączy zachciewajka,to nic na to nie może poradzić. Do tego czynu dodatkowo zmotywowała mnie pewna pani, która cały wieczór "uprzyjemniała" nam czas zwracaniem wszystkiego, co wrzuciła do gardła. Trwało to także w nocy, a więc ten sen dzisiaj był chwilowy, a budzenie się bardzo denerwujące. Po jakimś czasie, zaczęło się... Zzzz, Zzzz... Morfeusz zaczął mnie dopadać. Mięśnie stawały się coraz bardziej rozluźnione - raz, dwa, raz, dwa..., pierwsza faza rozpoczęta... Nagle - huk, a ja, znalazłam się w miejscu, w którym na pewno nie chciałam być. Las, góry, ścieżka, dookoła zupełnie nic, null, zero. Ruszyłam przed siebie, nie wiedząc, dokąd idę. Ciężko mi się szło, byłam jakaś taka duża. Nie mogłam się zobaczyć, widziałam tylko ręce, a w nich coś, co ciążyło mi najbardziej. Dziwnym trafem, nie mogłam tego wyrzucić, jakby mi ktoś przymocował ową rzecz na stałe. W miarę pokonywania kolejnych metrów, byłam coraz bardziej zmęczona. Szpitalna anemia zasnęła razem ze mną, więc trwała też podczas snu. Szłam ja, i ona. Ramię w ramię, taka moja towarzyszka życia. Nagle, coś mi zaszeptało do ucha: rogatka-tunel-wieża-brama... Że co? Kim jesteś, i o co Ci chodzi - zapytałam siebie w myślach. Cisza, nic nie odpowiedziało. Chciałam się zatrzymać, zawrócić, ale niestety, nie mogłam tego zrobić. Anemia, wtórowała mi dzielnie, chociaż była dla mnie strasznie uciążliwa. Pokonując kolejne wzniesienie, moje oczy zobaczyły domek, kilka murków..., w tle rozmawiali jacyś goście, ale nijak nie mogłam pojąć ich języka, pomyślałam - podbiegnę bliżej -, ale im szybciej chciałam to zrobić, tym bardziej moje nogi nie chciały oderwać się od podłoża... Z bólem dotarłam za murek i przycupnęłam. Słyszałam tylko swój oddech - bałam się... Ktoś mną musiał sterować, bo mimo woli - podskoczyłam..., wtedy to usłyszałam: Intruzer! Niewiele myśląc, nacisnęłam spust, który o dziwo miałam pod palcem. Strzeliło..., jeden, drugi, trzeci... Słychać było, jak umierają... Aaaa,ja zabiłam ludzi! Podeszłam do nich bliżej, zdając sobie sprawę, co za misję mam tutaj do wykonania... Nagle słyszę: "ratunku","ratunku"..., otwieram oczy..., widzę szpitalną salę... Wróciłam. Może to i lepiej, bo dalej byłoby jeszcze gorzej... To jest tak, jak się zacznie z Wolfensteinem.... W., łobuzie Ty jeden, niedobry, Ty wiesz co... :D



Pees:
Paj...,brnij do mnie szybciej, bo za niedługo rozwalę z nerwów myszkę :D

A poza tym, to w domu wszyscy zdrowi, a takich snów, to ja nie mam na co dzień, tylko jak mi się włączy misja, na misję, i przypieczętuję to kawą. AMEN!

8 komentarzy:

  1. jawol her oberlojtnant;)!Idę robić pif-paf;).

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja na szczęście nie pijam kawy wcale.
    Dlatego też nie mam takich koszmarów.
    Przed snem polecam mleko, albo mleko z kawą Anatol ;)
    Zbożowa, ale równie dobra jak ta "normalna".
    A najbardziej polecam herbatkę piramidkę jakakolwiek.
    :))
    Pozdrawiam i życzę pięknego dnia.

    OdpowiedzUsuń
  3. Zbożowa, znam - szpitalne śniadanie zawsze jest z nią. Lubiłam, dopóki mi nie dali z kożuchem... Teraz, jak na nią spojrzę, to od razu mi się odruch wymiotny robi. Mało herbatek piję - niestety. Lubię Colę, wszystko, co złe i niedobre.

    Pozdrawiam również Aldi :D


    W. - rotfl! Pogrążaj się dalej :*

    OdpowiedzUsuń
  4. No to miałaś nockę. Normalnie masakra. Mało, że nie spałaś przez kawkę to jeszcze ta wymiotująca pacjentak - masakra. ja tez bym nie spała gdyby ktos obok mnie...fuj.
    Pozdrawiam cieplutko!

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja też lubię Colę... hmm z Balsamem Pomorskim... nie powinnam, ale lubię... i co? Lipa.
    Ale ja tak bardzo lubię niektóre drinki :P

    OdpowiedzUsuń
  6. Dzisiaj musiałam pójść do pani doktor po zwolnienie - bardzo źle się czuję - po prostu złapałam wirusa.
    I też na korytarzu była atrakcja w postaci awanturujące się pana, aż jedna z pań w kolejce powiedziała: "Pan jest chory. Na umysł". A ja wtedy wymieniłam uśmiech z innym panem który koło mnie siedział :) Zabawne nawet, ale wymiotującej pacjentki chyba mało co przebije. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ta kobita, nadal wymiotuje. Ech. Ble! Gra nadal nie daje się przejść. Wszystko marnie...
    Dobrze, że mnie żadne wirusy nie dopadają.

    OdpowiedzUsuń
  8. ciekawie, aczkolwiek... w sumie nie. po prostu ciekawie.

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń