Niegodziwością byłoby, gdybym dzisiaj nie napisała, o jakże pięknym, wczorajszym występie naszego Adama... Gratuluję mu tego, że udowodnił, jak wielkim jest sportowcem, i że wiek mu nie robi różnicy. Płynął w powietrzu tak, jak za czasów, kiedy wygrywał wszystkie zawody. Nie zdobył złota, ale zdobył srebro, które dla niego jest równie ważne, z którego potrafi się szczerze cieszyć, do którego ma szacunek. Simon, był lepszy, był nie do pokonania, ale nic tam - jego też lubię, i należało mu się zwycięstwo. Media, jak zwykle wszystko pokolorowały, zanim zawody się rozegrały, dlatego niektórzy będą czuli niesmak, i można zobaczyć to w komentarzach, czy na Onecie, czy na WP. Wiecznie narzekający malkontenci, którym się nigdy nie dogodzi. O tyle jeszcze było przyjemniej, że pierwszy raz, nie oglądałam tych zawodów sama. Po drugiej stronie światłowodów siedział W., nie ma to, jak pokonwersować rzeczowo, pośmiać się przy tym szczerze, i odległość wcale nie sprawia różnicy, bo jak jest odpowiednia osoba, to można się świetnie bawić, jedni np. dmuchają w telewizor, drudzy machają łapkami, żeby ktoś spadł na bulę..., no co, no - nobody is perfect, nie? Było miło, i zapomniałam o bólu, z którym walczyłam cały dzień, ale W., to chyba już wie, jak bardzo jestem mu za wszystko wdzięczna, fajnie mieć takiego "czuwacza" - jest najlepszym lekarstwem, na wszelakie zło, niestety - nie do kupienia w aptekach :D
Nocka minęła, nastał ranek (żadna nowość). Punkt 11:00 (no dobra, spóźniłam się trochę), zgłosiłam się na zmianę opatrunku. Akuratnie, dzisiaj dyżur pełni doktor K. Mówią na niego "zimny doktor", w sumie nie na darmo. Wymiana setona, zakończyła się płaczem, i jest to "przyjemność", która przez najbliższy czas będzie występować u mnie codziennie. Wiem już, dlaczego ropień, który był wielkości dwuzłotówki nie bolał mnie. Brudy, który się zebrały, zrobiły sobie ujście do zakończeń przeszczepu, i tam wyciekały, a ja tym sposobem nie czułam dyskomfortu. Walka rozpoczęła się chyba na nowo. Wysięk nadal jest, ból też. Jedno pocieszenie, przeszczep zaczyna się wypłaszczać, aczkolwiek są miejsca, które nie do końca się goją, m.in. tam, gdzie jest to nieszczęsne ujście... Wg., doktora, jak najbardziej mogłabym być w domu, i gdyby to od niego zależało,wypisałby mnie jutro, no, ale to decyzja szefa, i muszę czekać. W szpitalu jest dużo bakterii, w domu bezpieczniej. Widziałam w jego oczach, że się boi tego, że mogą być takie same problemy z tym nowym nacięciem, jak z poprzednimi. Nie jest sam, ja boję się jeszcze bardziej... Co ma być, to będzie, nie mam na to wpływu, pozostaje chyba to zaakceptować, i przyjąć już, jako codzienność życia... Płacz nic nie da, bunt też.
Cieszę się, że jestem w domu, zastrzyk przeciwbólowy działa - jest dobrze...
Jutro, punkt 7:00 - mam być na oddziale...
Żeby ta niedziela trwała wiecznie...
Eh, no nie darmo się mówi o tzw. bakteriach szpitalnych... A co do komentarzy na Onecie czy WP - ja tego nawet juz nie czytam. Po co psuć sobie nastrój :) Ale fakt, na ten temat to można pracę doktorską nawet napisać. Pozdrawiam :)
OdpowiedzUsuńWitaj Skarbie śledzę twoje zapisy na blogu-czytam wszystkie,myślami i całym sercem jestem przy Tobie.Nie zawsze wiem co napisać,ale wiedz o tym,że Karol i Ja wspieramy Cię duchowo,gdyby to było możliwe o wziełabym część twego bólu na siebie ,by Ci choć trochę ulżyć BUZIAKI I POZDROWIONKA!!!:)
OdpowiedzUsuńEch, pani Lidio, to jest jakaś masakra. Szkoda gadać.
OdpowiedzUsuń