Odebrałam dzisiaj wypis ze szpitala. Nowa choroba przybyła, ale kto by się tym przejmował, jak ona sama położy mnie kiedyś do łóżka, zacznę żałować wypowiedzianych słów, a tymczasem wyrzuciłam ją z pamięci. Sobota na oddziale wyglądała zupełnie tak samo, jak za mojej kadencji, i nawet "stara" ekipa się zebrała na opatrunek. Fajnie się tak spotkać po czasie. Było dużo śmiechu zarówno przed, jak i w trakcie opatrunku. Co do mojego gojenia, to w sumie lekarz nic mi takiego nie powiedział, ja sama, największa skleroza na świecie, zapomniałam najważniejszego - specjalnego balsamu, który miał być wlany do rany. No nic. Bywa... To tak jest, jak się wszystko na ostatnią chwilę robi. Doktor mnie na szczęście nie zabił, dał w zamian inną maść. Kolejna wizyta w poniedziałek, ordynatorzy chcą sobie mnie zobaczyć. Jakoś to "zniesę", chociaż szczerze, nie chciałabym wracać już na ten oddział, nawet na opatrunek. Poczułam za dużą wolność, i prawie zapomniałam, że leżałam tam dwa miesiące. Umysł człowieka szybko się regeneruje, i zapomina o krzywdzie, jaką się przeszło przez ten cały czas.
Wieczorem spożytkuję smakowitą grę, dostarczoną przez sympatycznego Muchomorka, a tymczasem zamieniam się w kibica olimpijskiego. Szalik i czapkę w czerwonych barwach zamieniłam na piwo! HOUK!
No tak, ja tez troszkę kibicowałam naszemu adamowi!! Choc ogólnie rzecz biorąc kibic ze mnie marny.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam serdecznie