Zasiadam do komputera... Właściwie, to cały dzień spędzam przy nim, w mniejszych lub większych odstępach czasu, ale teraz, kiedy jest już późno, jakoś lepiej przychodzi mi zbieranie myśli. Jest ciemno. Mój pokój oświetla tylko podstawka, która ma za zadanie chłodzić komputer, a że dodali do niej diodki, to daje mi niesamowitą poświatę... (w normalnych okolicznościach, świeciłaby się lampka, ale akurat dzisiaj musiała się spalić żarówka).Tak sobie rozmyślam, właściwie o niczym szczególnym. W tle Peter Gabriel, to jemu ostatnio poświęcam swój wolny czas. Wsłuchuję się w brzmienia, przenoszę w inny wymiar, kolejna magia tworzona za pomocą instrumentów. Nie, nie siedzę sama, towarzyszy mi dzielnie jakaś mała muszka, która co chwilę przysiada na matrycy (pewnie czyta, co piszę), nie - nie zabiję jej, niech sobie leci, a może muzyka ją ukołysze? Jest też Sonia, potocznie zwana "Siusią", śpi sobie spokojnie na dywanie, obok mnie. Odpoczywa, jakby wiedziała, że jutro znowu zostanie wymaltretowana przez Amelkę. Inni domownicy też już śpią, a tylko ja nie mogę. O dziwo, nie jest to efekt wypitych kaw... A na dworze jest tak jasno, śnieg jednak ma swój urok, nawet jak się mieszka na piątym piętrze, i widzi tylko dachy... Tak mi się jakoś nic nie chce, jakby wszystko przestało mieć znaczenie, dziwne uczucie. Niech się dzieje, co chce? Byłoby to normalne z mojej strony, wszak co któryś wpis biadolę. Nadal mam wrażenie, że to życie toczy się jakby poza mną. Codzienne czynności, są tak powtarzalne, że aż niedobrze się od tego robi, a tu jeszcze tego nie wolno, tamtego nie wolno..., a ból pleców nadal jest, i jeszcze dzisiaj moim oczom ukazała się czerwona plama, która wystaje spod plastra. Nie odlepiam opatrunku, bo jest tam specjalna siatka trzymająca przeszczep, więc nie mogę zobaczyć, co to jest, ale martwię się tym, i mam wielką nadzieję, że to tylko uczulenie od kleju... I jeszcze noga - powróciły na nią opatrunki, człowiek smaruje maściami, a to i tak wszystko jedno wielkie G..., bo jak ma pękać, to i tak będzie, a mówili, że miejsce po pobraniu przeszczepu szybko się goi..., a mnie to boli..., i spać się przez to nie da. Żołądek też mi się zbuntował bardzo, i cierpię od wczoraj. Jestem już tym wszystkim zmęczona, naprawdę. Radość z bycia w domu (mimo wszystko), zamieniła się w duże zniecierpliwienie, bo już niby finisz, a tu jeszcze coś wyskakuje. Gdzieś by się wyszło, pogadało z ludźmi, zapomniało o wszystkim, a to nie tak prosto... Oj, marny ze mnie rekonwalescent, nieodpowiedzialny, mało sumienny, leniwy, i ja to wiem...
Luty, powoli dobiega końca, czekam na decyzję w sprawie zasiłku rehabilitacyjnego, ciekawe, czy mnie zaskoczą. Spokoju też nie dają mi w pracy, i zanosi się na to, że za niedługo praca przyjedzie do mnie, do domu... Póki co, będą to tylko części, a później może i telefony. Chociaż nie mam na to warunków, no i możliwości fizycznych jeszcze, a poza tym siły na to też nie mam, a kwestię obrażania się w związku z tym przez brata, uważam za bezzasadną. Jeżeli się nie rozumie drugiego człowieka, to nigdy nie będzie się dobrym pracodawcą. Niestety.
A jutro znowu czekają mnie "przyjemności" lekarskie, te kolejki, i te kłótnie pomiędzy pacjentami o to, kto był pierwszy... W takich miejscach, można zobaczyć, jacy tak naprawdę potrafią być chorzy i jak bardzo przejmują się ludźmi, którzy cierpią. Wtedy jakoś ich choroby idą precz, zapominają o swoich dolegliwościach, czy tak naprawdę więcej w tym pozoranctwa? W sumie, gila mnie to, ja tam mogę każdego przepuścić, byle mnie przyjęto, chociaż nie chcę tam wcale iść, ale muszę, i mogę sobie nie chcieć ( jakby to powiedział pewien osobnik płci męskiej)...
A namacalna kompanija, wymienia już akcesoria rowerowe na sezon, który za czas jakiś zostanie otwarty, czy będzie mi dane zacząć go normlanie, razem z nimi? Oby, w sumie innej odpowiedzi nie mam, nawet jak coś mi przeszkodzi w plecach, to nie przeszkodzi w nogach. Dłużej, siedząc nie wytrzymam, muszę powrócić do aktywności, o mój kręgosłup się teraz rozchodzi. Potrzebna mu rehabilitacja..., więc, i ja zacznę odkurzać swój rowerek, a co... Gorzej z kondycją, ale upór prowadzi mnie zawsze do celu, więc chyba dam radę pokonać parę górek, nawet bez tej koleżanki kondycji. Fizyczne zmęczenie jest najlepsze na świecie, wtedy człowiek wie, że żyje..., a ja chcę to właśnie poczuć..., i znowu mieć te zakwasy, przez które nie da się chodzić, i znowu napić sie tego zimnego piwka, po wysiłku. Mrrrr, się rozmarzyłam...
A jeżeli przyjdą tutaj jakieś Nocne Marki, to pożyczam dobrej nocy..., niech Morfeusz nikogo z Was nie udusi...
A..., dobranoc!
Pees...
W., sprawco moich bolących policzków, dzisiaj też dziękuję, chyba nawet nie muszę mówić, za co. Tylko mi potem rachunku nie wystaw, bo wiesz jaki marny żywot osoby chorującej jest ;)
A jutro znowu czekają mnie "przyjemności" lekarskie, te kolejki, i te kłótnie pomiędzy pacjentami o to, kto był pierwszy... W takich miejscach, można zobaczyć, jacy tak naprawdę potrafią być chorzy i jak bardzo przejmują się ludźmi, którzy cierpią. Wtedy jakoś ich choroby idą precz, zapominają o swoich dolegliwościach, czy tak naprawdę więcej w tym pozoranctwa? W sumie, gila mnie to, ja tam mogę każdego przepuścić, byle mnie przyjęto, chociaż nie chcę tam wcale iść, ale muszę, i mogę sobie nie chcieć ( jakby to powiedział pewien osobnik płci męskiej)...
A namacalna kompanija, wymienia już akcesoria rowerowe na sezon, który za czas jakiś zostanie otwarty, czy będzie mi dane zacząć go normlanie, razem z nimi? Oby, w sumie innej odpowiedzi nie mam, nawet jak coś mi przeszkodzi w plecach, to nie przeszkodzi w nogach. Dłużej, siedząc nie wytrzymam, muszę powrócić do aktywności, o mój kręgosłup się teraz rozchodzi. Potrzebna mu rehabilitacja..., więc, i ja zacznę odkurzać swój rowerek, a co... Gorzej z kondycją, ale upór prowadzi mnie zawsze do celu, więc chyba dam radę pokonać parę górek, nawet bez tej koleżanki kondycji. Fizyczne zmęczenie jest najlepsze na świecie, wtedy człowiek wie, że żyje..., a ja chcę to właśnie poczuć..., i znowu mieć te zakwasy, przez które nie da się chodzić, i znowu napić sie tego zimnego piwka, po wysiłku. Mrrrr, się rozmarzyłam...
A jeżeli przyjdą tutaj jakieś Nocne Marki, to pożyczam dobrej nocy..., niech Morfeusz nikogo z Was nie udusi...
A..., dobranoc!
Pees...
W., sprawco moich bolących policzków, dzisiaj też dziękuję, chyba nawet nie muszę mówić, za co. Tylko mi potem rachunku nie wystaw, bo wiesz jaki marny żywot osoby chorującej jest ;)
Oj znam to... Na szczęście mam dobrego i mądrego lekarza, ale i tak swoje w kolejce odsiedzieć/odczekać trzeba... Chyba czas inwestować w krzyżówki, przynajmniej nie będzie nudno :) Pozdrawiam :)
OdpowiedzUsuńWitaj Agnes ---mam tylko pytanie --czy mój list z ofonu na prv doszeł do Ciebie ? krzysiek
OdpowiedzUsuńkrzysiek alamagordo ---oczywiscie --pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńwi8dzę że już lepiej jak myślisz o eskapadach rowerowych BBRRAAWWOO !!!Będzie dobrze już bliżej jak dalej -Wytrzymaj pozdrawiamy L.i K.
OdpowiedzUsuńPani Lidio, ja zawszę myślę o tych przyjemnościach, których nie mogę z jakiś powodów doświadczyć. Kisioł się pochwalił zamówionymi blokami(pedały, w które wpina się buty, inaczej SPD), i ja muszę być świadkiem tych pięknych wywrotek w jego wykonaniu, nie - nie będę się wcale wtedy śmiać :D
OdpowiedzUsuńTak więc, innej opcji nie widzę, no i Lala na mnie czeka, a ja mam dla niej chipsy, a to właśnie tam najlepiej pożytkuje się zimne piwko, po morderczej jeździe... Byle do wiosny, jak to mówią...
Zimbabwe, miło mi Cię u siebie gościć, a żebyś wiedziała, krzyżówki potrafią wciągnąć, lubię sobie nimi zaprzątać głowę :)
Ja uwielbiam krzyżówki, a jak to są jakieś jolki czy inne łamigłówki to, już w ogóle w swoim żywiole jestem.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam :-)
Te z Angory są podobno niezłe, bardzo podchwytliwe....
OdpowiedzUsuń