czwartek, 4 marca 2010

Dzień rozpoczął się dosyć wcześnie, a to za sprawą zbytniej ciepłoty ciała, która sprawiła, że termometry miały, co robić, ku niezadowoleniu właściciela owej ciepłoty. Męczy mnie gorączka, i to niestety nie jest przyczyna przeziębienia, chociaż sama się tak oszukuję, i próbuje tłumaczyć, niczym naiwne dziecko, któremu mówi się coś tylko dla zasady, żeby sobie przestało głowę zawracać. Próbuję w tej głowie wyeliminować problem, jednak przypomina mi on o sobie codziennie, w postaci bólu, który zaczyna być powoli nie do zniesienia. I nie wiem, naprawdę nie wiem, czym sobie na to zasłużyłam, jak bardzo musiałam komuś zaszkodzić, że tak mi daje popalić? Nie mogę wyobrazić sobie końca tego chorowania, tak jakby nigdy nie miał nadejść. Wierzyłam za każdym razem, w szczęśliwy koniec, dlaczego teraz tak ciężko mi to przychodzi, a właściwie – nie przychodzi wcale. Próbowałam nauczyć się z tym żyć, potraktować, jako element mnie, ale kto by lubił wieczny ból, i udrękę – prócz sadystów, i masochistów… Nie radzę sobie jakoś, i zaczyna mnie to przerażać. Przed oczami pokazuje mi się zeszły sezon rowerowy, którego mogłam zasmakować tylko przez miesiąc, miga, stracony sezon narciarski, a teraz pod wielką niewiadomą stoi aktualny sezon rowerowy. Czuję, że omija mnie wszystko, co dobre, że omija mnie życie, takie prawdziwe, bez lenienia się, że to moje życie traci smak, że jest takie monotonne, bez żadnych perspektyw na przyszłość, bo z moją chorobą niczego nie mogę być pewna. Nie chcę tak tego życia przechodzić, nie chcę być „zamknięta” w swoim świecie choroby, nie chcę, aby inni przeze mnie mieli problem, nigdy tego nie lubiłam. Staram się nie pokazywać własnego „ja”, w kontaktach z ludźmi, staram się udawać, że wszystko jest w porządku, że sobie świetnie radzę, pomimo dziewięciu miesięcy chorowania, że jestem mocna psychicznie, a tak naprawdę coraz trudniej jest mi ich wszystkich oszukiwać. Dlaczego to robię? Nie wiem, jak wspomniałam wcześniej, nie lubiłam być problemem, którym trzeba by się zacząć interesować. To wszystko nie wzięło się z niczego, zawsze musi być jakieś podłoże, które zmienia myślenie. Mnie bardzo chciał pomóc znajomy mojego brata, kiedy miałam takie straszne problemy z ręką. Dobry człowiek, woził mnie po lekarzach, nie tylko na terenie mojego miasta. Nie spodobało się to jego żonie, która potem miała o to, do mnie pretensje, nie współczuła, była zazdrosna o to, że choruję ja, a nie ona… Od tego czasu, staram się, aby nikt nie musiał pomagać mi na siłę lub wbrew drugiej osobie. Mam osobę, która wie więcej od innych, zdecydowanie więcej, która jest ze mną, której bycie czuję, ale na dzień dzisiejszy złe samopoczucie jest mocniejsze, a tym samym siła przebicia marna. Nie będę udawać, źle się czuję, ropień jest coraz większy, coraz bardziej boli, a ja mam coraz mniej sił na to wszystko. Jest mi źle, bo wiem, co mnie czeka:(

Temperatura pokazała 38,4 - zamieniam krzesło na łóżko, nic tu dzisiaj po mnie...

3 komentarze:

  1. zdrowiej kobietko bo szkoda mi Cię takiej.

    Pomyśl sobie, że to jak wyprawa w góry. Po ciężkich, kamienistych trasach nie jest łatwo iść, ale w końcu dochodzisz na sam szczyt i to co tam zastajesz wynagradza trud wędrówki...

    OdpowiedzUsuń
  2. Choroba pokazuje często jacy są ludzie dookoła nas - wiem że to frazes może, ale tak jest. Ten okres ostatni mimo że przy Twojej chorobie to pikuś bardzo dobrze mi pokazał na kogo w takich chwilach mogę liczyć, a komu zależy tylko na własnym ego.
    Swego czasu podobnie jak i Ty zadawałam sobie takie same pytania. Ale... To może nie tutaj :) Pozdrawiam i życzę zdrowia :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dzięki wielkie - dziewczyny! Będzie ciężko, ale muszę to zwalczyć, bo jak nie ja, to kto to za mnie zrobi? ;) Dziś ciutkę lepiej się czuję,chociaż moje chodzenie, jak chodzenie nie wygląda...

    OdpowiedzUsuń