Nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być jeszcze gorzej. Kiedy wydaje nam się, że już spadliśmy na samo dno, okazuje się, że to dno sięga głębiej? Zawsze sobie powtarzam te słowa, kiedy przeżywam kryzys, a jako, że od jakiś 9 miesięcy, ten kryzys występuje u mnie prawie cały czas, to powoli te słowa, robią się już nudne, i nic nieznaczące. Kiedy jest źle, wydaje nam się, że tylko my na dany moment tak mamy, a tu okazuje się, że inni ludzie też cierpią, i dają upust sobie, w różnoraki sposób, spacerując, zamykając się w czterech ścianach, etc. Ich ogólna niechęć do świata spowodowana kłopotami, nie pozwala im normalnie funkcjonować. Im? Oczywiście, mnie też, bo ja to prowadzę w czołówce;) Często słyszane przeze mnie słowo: "cierpliwość", powoli zaczyna być tylko napisem na białej kartce, którą można zmiąć, i udawać, że się jej nie widzi, bo jak czegoś nie widać, to tego nie ma, i nie muszę kombinować, jak tę cierpliwość zachować, jak zrobić, żeby mieć ją do siebie, a tym samym, posiadać odpowiedni dystans do swoich kłopotów. Przydałoby się nauczyć szukać odpowiedniego lekarstwa, udawać, że buduje się w sobie przekonanie, że się wie, jak walczyć z tymi kłopotami. Wiadomo, na chorobę jest lekarz, ale jak ten lekarz niewiele pomóc może, to, co wtedy?
Codziennie, przy zmianie opatrunków, przerażam się. Nie obszarem blizn, one teraz odeszły na dalszy plan, ale ropień, który mi się wytworzył, przybrał już takie rozmiary, że jest to największe „coś”, co miałam do tej pory. Po cichu liczyłam na to, że uda się potraktować go ambulatoryjnie, ale teraz, to chyba nie ma już na to szans. Nie wiem, czy taka szansa w ogóle była. Cztery dni mam jeszcze przed sobą, zanim zobaczy mnie lekarz, na pewno się przerazi, i sprawi, że ja zdołuję się jeszcze bardziej. Do tego czasu, z zawziętością zażywam witaminy C i B, żeby polepszyć te marne wyniki. Walka z niedokrwistością z niedoboru żelaza, jest ciężka, i na obecny czas, u mnie mało sukcesywna. Zobaczymy, co będzie dalej.
Ogólnie rzecz biorąc, już mi się nie chce.
poniedziałek, 8 marca 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Tak więc kciuków nie puszczam nadal żeby ci w końcu to choróbsko odpuściło...
OdpowiedzUsuńTe piaskowe obrazy są niesamowite - widziałam kilka wersji i nie mogę przestać podziwiać...
Pozdrawiam ciepło - wiosennie :)
Aż nie wiem co napisać... Bardzo mi przykro :( I życzę powrotu do zdrowia jak najszybciej... Te ropnie jak o nich czytam to okropne :( A masz jakąś maść z antybiotykiem na przykład? Pozdrawiam :)
OdpowiedzUsuńKala, tak, rysunki na piasku są niesamowite. Każdy, coś opowiada. Mnie za każdym razem łza się w oku kręci.
OdpowiedzUsuńZimbabwe, na same ropnie nie mam, gdyż u mnie one nie wychodzą na zewnątrz, tylko siedzą w tkankach miękkich, a na zewnątrz objawia to się stanem zapalnym, czyli zaczerwienieniem, bólem, i obrzękiem. Dopiero po nacięciu, wszystko się ze środka wydobywa. Brałam mnóstwo antybiotyków, jednak nic nie działa, i nie pozbywa się tego paskudztwa.
U, to jeszcze gorzej niż myślałam :(
OdpowiedzUsuńAch Agnieszko tak myslę na wszystkie strony i wiem jedno, że wszystko bym zrobiła, aby ci pomódz. Ale jak? Jedynie nadzieja w Panu Bogu. Modląc się proszę też o zdrówko dla ciebie.
OdpowiedzUsuńSerdeczności!