poniedziałek, 22 marca 2010

Wracają poranne przyzwyczajenia. Procedura, jakby zapisana na jakiejś kartce papieru, która jest przyczepiona gdzieś to ściany, i gdyby człowiek czegoś nie zrobił, to ona się sama przypomni, że to nie tak, że wróć, i zrób to, tak jak robiłaś wcześniej. O co chodzi? Po prostu, wylałam sobie kawę na biurko (i postanowiłam ubrać to w jakieś słowa). Zwykle jej nie wylewałam, dzieje się tak tylko wtedy, kiedy człowiek ma postanowienie, że już żadnych klamotów na biurku trzymał nie będzie, a w miarę upływu czasu, biurko i tak się zapełnia, nie wiadomo, z jakich przyczyn. W efekcie kubek, który ma swoje miejsce, na owym biurku, przestaje się tam mieścić, i wystarczy lekkie zawadzenie, żeby pyszna kawa, znalazła się wszędzie, tylko nie w brzuszku. Dodatkowo ucierpiał portfel, okulary, i wszystko inne. Ech. Foch – na kawę, na biurko, na wszystko, co przeszkadza mi normalnie funkcjonować.

Wczorajszy dzień, to pozytywny przełom, no i pierwszy dzień wiosny. Cieszę się, że wszystko idzie ku lepszemu W., Zdrowieje, i bardzo się cieszę. Wraca do formy, i nawet usłyszałam w słuchawce: „a nie mówiłem?”, – to tyczy się moich ostatnich „przygód” związanych z wielką gorączką (zero litości;)) Tak, W., Ty zawsze mówiłeś, że się doigram, jak nie będę, chociaż trochę szanować tego swojego zdrowia, i słuchać się bardziej doświadczonych stażem. To już będę, albo inaczej: postaram się:) Ty też się posłuchaj mnie, chociaż taki tyci, malusieńki raz…, trafił swój na swego, hihihi;)

Żeby nie wyjść na gołosłowną, to powiem, że zaczynam jeść. Nie jest tego dużo, bo żołądek nadal się buntuje, i nie chce przyjmować wędlin, masła, chleba tudzież bułek, ale po małym kęsku, a może się przyzwyczai. Staram się zjadać dwa posiłki dziennie, z dużym nastawieniem na „staram”. Od małego ciężko mi było dogodzić z jedzeniem, i teraz opornie zmienia się przyzwyczajenia z dzieciństwa.

Plecy istnieją, bo bolą. Nie ma żadnego przełomu, który mógłby mi dać iskierkę nadziei na to, że będzie wszystko dobrze.

Sezon rowerowy powinien zostać otwarty. Tak bardzo mnie kusi, aby zejść do piwnicy i przywitać się z moim kompanem, że sobie nawet nie wyobrażacie. Wyprowadzić go na powietrze, wyczyścić, przesmarować, i wybyć. Boję się, że przy kolejnej, pięknej pogodzie, nie wytrzymam, i tak zrobię. Nie ma nic piękniejszego, niż jazda z wiatrem…, Tak mi brakuje tego wszystkiego. Jestem uwięziona, i długo tak już nie wytrzymam. Znam siebie, za często mnie kusi, a potem robię głupoty, które prędzej, czy później konsekwencje przynoszą. Dzięki Bogu, że dzisiaj pada deszcz, i zrobiło się chłodniej. Najgorsze, że nie wolno mi jeździć, bo przeszczep…, i ja to wiem, aczkolwiek kuszenie jest większe…, diable a kysz!

4 komentarze:

  1. Dzięki Bogu, że W. wraca do zdrowia, bo bez niego Ty to już nie Ty... Razem z nim powoli wróci apetyt, a ochota na wspólne piwo sprawi, że Twoja odporność na nowe i stare bakcyle wzrośnie :D Tego Ci życzę. A żeby finał był jeszcze bardziej bajkowy - zaplanujcie wspólny rajd rowerowy :) Pozdrowienia dla Ciebie i W. Zdrowieć szybciutko!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Hihihi odebranie prawa jazdy to jeszcze nic, ale pobyt w psychiatryku i żółte papiery gwarantowane hehe :)
    A na poważnie już, cieszę się że czujesz się lepiej i że W. już jest z nim dobrze :) A kawą się nie przejmuj - pamiętam kiedyś w gimnazjum jak jeden z naszych mądrych kolegów rozlał na dziennik nauczyciela chlorek żelaza (3) :) Nie wiem czy dobrze zapisałam nazwę związku, ale co tam.
    Chlorki chlorkami, kawa kawą - ja Wam obojgu życzę wszystkiego naj :)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. To się by skończyło Aniu, odebraniem nam obojgu prawa jazdy :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Kurde, czemu te komentarze się kasują mi? Kto mi powie?

    OdpowiedzUsuń