Tak, jak napisała Zimbabwe, - ludzie czasami nieoczekiwanie wpisują się w nasze życie, stają się jego częścią. Przyzwyczajają nas do swojej obecności, są jak coś oczywistego, jak coś, co zesłał nam los, bo tak właśnie musiało być. Trwamy w tym, jest nam dobrze, doceniamy tę drugą osobę, i jakby nie wyobrażamy sobie, że kiedyś mogłoby tej osoby zabraknąć, że mogłaby z jakiś powodów zniknąć. W sieci bywa różnie, są ludzie i „ludzie”. Ci drudzy, traktują nas, jak rozrywkę, jak są, to są, jak ich nie ma, to nie ma, i nie przejmują się, co my na dany moment czujemy, czy martwimy się, z jakiego powodu ich nie ma, czy snujemy domysły, co się stało, i czy czasem nie znudziliśmy się drugiej stronie. Różni ludzie, różne charaktery. Czasami w życiu dzieje się też tak, że to los wystawia nas na próbę, że to, co daje, próbuje też odebrać, i tylko od nas samych zależy, co z tym zrobimy, czy pozwolimy losowi zwyciężyć, czy postawimy się mu, i będziemy walczyć, o tę, jakże ważną dla nas znajomość, o tę jakże ważną dla nas przyjaźń. Wszystko zależy od naszej determinacji, od zawzięcia, od woli walki w dowiedzeniu się, co było przyczyną.
Nigdy nie chciałam dopuścić do siebie myśli, że W., mógłby ot tak, o mnie zapomnieć, zerwać kontakt, że mogłabym dla niego przestać istnieć. Dużo w mojej głowie siedziało, ale ta myśl, automatycznie się odrzucała, jakby moja psychika, sama do mnie mówiła, „dziewczyno, dlaczego chcesz zwątpić, przecież go znasz! I właśnie ta psychika, wiedziała lepiej, przecież W., to jest osoba, która jest jak diament – z daleka przyciąga gamą barw, a z bliska fascynuje wielkością płaszczyzn. Przecież mówi, gdy milczysz, milczy, gdy mówisz. Mówi i milczy, kiedy ty milczysz, i mówisz… Nie poddawaj się!”
Nie poddałam. Uruchomiłam się jak mogłam, chociaż było ze mną kiepsko, wiedzą Ci, co mieli tę „przyjemność” porozmawiać ze mną przez telefon…
Z W., zawsze rozumieliśmy się bez słów, w tym samym czasie, potrafiliśmy napisać to samo, wrzucić tę samą emotikonę, jedno wyczuwało, co w danym momencie, robi drugie. W ostatnim czasie, moje przeczucia w stosunku do niego były złe, obawiałam się czegoś złego, nie pomyliłam się...
W., jest w szpitalu… Nie chcę pisać, co sprawiło, że tak się stało, bo to nie jest ważne. W każdym razie, walczy! Jest silny, musi dać radę!
Dobrych ludzi nie można ot tak, sobie zabrać, ja nie pozwalam, bo walnę focha!
W., walcz, ja Ci tu dzielnie kibicować będę, prześlę wszelakie "mikroby", "zaraziki", i "gadżety", mam ich nadstan!!!
Wyszłam dzisiaj ze szpitala, chociaż nie za bardzo chcieli mnie puścić…, nie mogłam tam jednak dłużej pozostać.
Krzyśku, pamiętaj, każdy jest wartościowym człowiekiem, każdy!
czwartek, 18 marca 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
witaj Agnieszko!myślami jestem z Tobą,śledzę to co piszesz,przykro mi z powodu W. nie zawsze mogę odpisać lecz wspieram cię duchowo.Pozdrawiam!Pa :)
OdpowiedzUsuńAga ogromnie się cieszę, że jesteś. Mam nadzieję, że W wyzdrowieje i będzie ok. Choć wiem co czujesz.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam serdecznie!!
Dobrze że Cię wypuścili w ogóle. Wiem jak czasem jest ciężko, co prawda nie z własnych doświadczeń, ale jednak. A z W. to coś poważnego czy raczej coś, z czego się wychodzi obronną ręką? Choć z naszą służbą zdrowia bywa różnie. Pozdrawiam :)
OdpowiedzUsuń