poniedziałek, 20 lutego 2012

Niedziela spożytkowana należycie, aktywnie znaczy się. Zaległa wycieczka z PTTK na Hrobaczą Łąkę odbyła się właśnie w tym dniu. Ze względu, że część ludzi przebywała na dwudniowym wypadzie w innym miejscu, frekwencja uczestniczących, wynosiła około 30 osób, śmialiśmy się, że jesteśmy elitą, nie do pokonania zresztą :) Wyjechaliśmy o godzinie 8:00 do Porąbki. Tam, czerwonym szlakiem wyruszyliśmy na Hrobaczą. Warunki ekstremalne pod względem śniegu, halny wiatr umilał nam czas i nie był przeszkodą. Deszczu nie odnotowaliśmy. Przebijaliśmy się przez zaspy, które czasami sięgały pasa, gdy się w nie wpadło, trzeba było się nieźle natrudzić, żeby wyjść. Była to, że tak powiem dodatkowa atrakcja. Na Hrobaczej byliśmy po 2 i pół godzinach. Nie dało się szybciej, warunki nas ograniczały. W schronisku wypoczęliśmy. Było dużo śmiechu, dużo nalewek, które rozgrzewały do granic możliwości, były zdjęcia, generalnie było SUPER! Elita zwarta, pozytywnie nastawiona, mająca w sobie to coś, co przyciąga i sprawia, że chce się uczestniczyć w życiu PTTK - pasja! Niebanalne bycie częścią tego, dodatkowo motywuje mnie do tego, żeby w końcu poczuć się wolną, nie tylko od choroby, ale od zgiełku życia, które niejednokrotnie sprawia, że popadam w stany smutku i niechęci. Każda świadomość, że w weekend wypocznę, daje mi kopa do dalszego funkcjonowania.
Droga powrotna, czyli żółty szlak, skierował na do Kóz. Zanim jednak zeszliśmy, zdążyliśmy się nieźle wybawić, dosłownie niczym kilkuletnie dzieci, które czerpią niesamowitą frajdę z tego, że jest śnieg! W połowie drogi na rozwidleniu szlaków zatrzymaliśmy się, żeby poczekać na resztę uczestników, którzy zostali troszkę z tyłu. Przewodził Jarek (nie Konar :)), za nim szła Kasia i ja, za mną jej mąż Piotrek i Zdzichu (fajny człowiek).  Powolutku zaczęła dochodzić reszta ludu. Zaczęło się od jednej, niewinnej kulki w kierunku "naszych", a skończyło wojną na śnieżki, mnie się udało nie oberwać, bo schowałam się za wyższym od siebie ;) Kiedy już się nam to znudziło, zrobiłam sobie malutką kulkę i postanowiłam puścić ją z boku szlaku, spad był dosyć pokaźny, a ja robiąc to po prostu nie pomyślałam... Puściłam tę kuleczkę, a ona w kilka sekund obrosła w wielką kulę, która toczyła się i toczyła... Byście widzieli moje przerażenie w oczach, myślałam że wywołam lawinę! Powiedziałam Kasi i Jarkowi, najpierw nie uwierzyli, że to moja sprawka, a później sami zaczęli tworzyć kulki i puszczać je w dół. Rozpoczęła się tym sposobem kolejna walka, tym razem komu się większa kula utoczy:D Zapewne ktoś zrobił zdjęcia, więc jeżeli tylko będę je mieć, pokażę :)
I żeby tego było mało, w dalszej części schodzenia, Piotrek zaproponował utoczenie kolejnej kuli, którą mieliśmy zagrodzić szlak pozostałym :D Utoczona kula miała 150 cm wysokości... Normalnie, jak dzieci ;) Zakończyliśmy przygodę w pizzerii w Kozach. Tam się działo. Nie wiem ile wypiłam, ale wiem, że co chwilę przechylałam kieliszek! Było kolorowo w głowie, był banan na twarzy i wielkie poczucie humoru, brzuch bolał, w autobusie to samo! "Kapitan" chodził z flaszką i nie było sposobu, żeby się wykręcić! Wracaliśmy z Konarem uhahani..., w biały dzień..., jak dwa żulki, ALE trzymaliśmy klasę! Wieczorem przeszłam szybkiego kaca, wypiłam półtorej litra płynu i wszystko wróciło do normy.  Kładłam się spać, jako Peace and love.

Poznałam tylu fajnych ludzi, że właściwie to nie wiem, dlaczego wcześniej nie chciałam uczestniczyć w życiu PTTK. Wiem, że bardzo wiele straciłam, a szkoda. Dobrze, że jeszcze mam możliwość nadrobienia chociaż troszeczkę. Z niecierpliwością czekam na jeszcze więcej :)

A dzisiaj mamy początek tygodnia i powrót do codzienności. Bratanica jeszcze do przedszkola nie chodzi, ale może już od środy się uda jej pójść. 

1 komentarz:

  1. Super, bardzo się cieszę z tak dobrze spędzonego przez Ciebie czasu :) A to jest najważniejsze. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń