piątek, 28 maja 2010

Wczorajszy dzień, można zaliczyć do jednego z najgorszych dni życia. W ogóle ostatni czas, to postęp chorobowy, to nie nadążanie ze zmianami opatrunków, to brak snu, to ogólne samopoczucie, równające się 0. Wydolnościowo, dużo potrafię znieść, ale mam też swoją granicę, z którą wczoraj nie potrafiłam sobie poradzić. Przyczyną była wizyta u lekarza. Nie byłam przygotowana na to, co mnie spotkało. Myślałam, że przyjdę, zmienią opatrunek, nie wyrządzając mi przy tym większej krzywdy, przecież mój doktor nie chce mnie męczyć, bo wie, jak boli, kiedy dotyka się żywych tkanek, które wyrosły poza skórę...,niestety, mojego doktora nie było. Zastąpił go inny, który jak tylko zobaczył, co znajduje się na moich plecach, a raczej, w jakim stanie jest to obecnie, niewiele myśląc, i nie uprzedzając mnie nawet, wsadził nożyczki głęboko w drugie nacięcie, i zaczął je rozszerzać w środku, na mój płacz, odpowiedział, że musi tak zrobić, bo wszystkie ujścia są zatkane, i ropa nie wypływała w takiej ilości, a jakiej powinna..., nie byłam w stanie tego znieść. Zalałam łzami całą kozetkę, a żeby tego jeszcze było mało, to potem od drugiej strony, zrobił to samo, w momencie byłam mokrusieńka. Później założył długi sączek, który przechodzi przez wnętrze, i jest związany, żeby nie wypadł... Zero znieczulenia, po co marnować czas, jakby pacjent był tylko kawałkiem jakiegoś worka, z którym można robić, co się chce, nie przejmując się, że go to boli, i nie potrafi nawet ułożyć słów, które mogłyby oddać to, jak bardzo bolą takie zabiegi... W takich momentach, człowiekowi do głowy przychodzą najgorsze myśli, po co żyć, nie chcę żyć, mam już dość, nie wytrzymam więcej bólu..., w szpitalu, miałam te same procedury, tam nie dopuścili, żebym cierpiała, tam zawsze wcześniej dali znieczulenie..., w ambulatorium już tak nie jest, tu pacjent jest nikim, i jak boli, to i tak nikogo to nie obchodzi, tylko jeszcze pretensje mają, że wierzga, a nie leży spokojnie. Ech..., Późniejszy czas, to duża gorączka. Praktycznie cały dzień przespany, z przerwami na rozmowy z wolfem, ucinane chwilami ciszy..., nie byłam w stanie z siebie nic więcej wykrzesać, za co przepraszam :*

Wieczorem nawiedziła mnie jeszcze Amelia, ale widząc mój stan, wiedziała, że z ciocią jest źle, przyszła na łóżko do mnie, popatrzyła tymi swoimi dużymi oczkami. Powiedziałam jej, że bardzo bolą mnie plecki, że nie mogę jej nawet przytulić, poszła do pokoju, i wróciła z zestawem lekarskim, ma taki swój, zabawkowy. Wyjęła stetoskop, i mówi: "Amelka Cię wyleczy, nie będzie Cię boleć"...,malutka... Kiedy już skończyła, tak na mnie patrzy, i mówi: "prawda, że Cię mniej boli?" Odpowiedziałam: "Pewnie Amelko", chociaż prawda była inna. Tak na mnie popatrzyła...: "Agaaa, kocham Cię bardzo", i przytuliła się do mojej buzi... Normalnie, szczęka mi opadła, ona nigdy pierwsza nie mówiła takich słów, w ogóle ciężko jej to przychodziło, bo z założenia nikogo nie kochała, i na wszystkich się obrażała. Aż mi pociekło po policzkach, ze wzruszenia. Jest taka rozwinięta, jak na swój wiek, chociaż daje popalić, i czasami mam jej dość, to jednak takie słowa, poruszyły moje serce, i łezki pociekły po policzkach...

Dzisiaj jest lepiej. Jestem w stanie siedzieć, boli, ale to nie to, co wczoraj. Rano byłam na opatrunku, znowu ta sama katorga, co wczoraj. Nawet przez myśl mi przeszło, że więcej tam nie pójdę, bo nie zniosę tych zmian... Masakra :(



Update:

Bo, ja się nie pochwaliłam, chociaż nie lubię się chwalić, no ale dzisiaj muszę, dzień wczorajszy, to nie tak do końca samo zło. Dostałam coś pięknego, wyjątkowego coś, co teraz stoi i patrzy na mnie, i jest (poza wolfikiem, - oczywiście), najpiękniejsze na świecie. Małe, uszate, z trąbą... Uwielbiam słoniki :) Od kogo dostałam, chyba nie muszę mówić, a jak ten "ktoś" ładnie pisze...Mrrr :)



..., i pomimo bólu, i łez, sprawiło mi to wielką radość, dziękuję :* Pozostała część prezentu, została przeznaczona tylko dla oczu wolfika ;)

6 komentarzy:

  1. Z trudnością doczytałam do końca Twój post, Salanee...
    Nie znajduję słów na komentarz.
    Po prostu pomilczę...jednocząc się z Tobą.
    :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Aldi, dziękuję :* Po gorszych dniach, zawsze muszą przyjść te lepsze, prawda? Wtedy odzyskam wiarę w to, że może uda mi się wyzdrowieć, i nie będę podświadomie o tym myśleć, zasypiając, czy też budząc się, bo tak ciężko jest mi się tego wyzbyć. Łatwiej przychodzi, kiedy człowiek pisze drugiej osobie, że ma się nie poddawać, że ma walczyć, gorzej, kiedy to on sam wobec siebie musi to zastosować, wtedy jakoś tak to nie chce działać, i wychodzi na to, że człowiek pisze, byle pisać, a wcale tak nie jest...
    Wiem, że nie jestem sama, że mam wolfika, który tak samo jak ja, przeżywa moje cierpienie, któremu udzielają się wszystkie moje stany, dlatego robię wszystko, żeby być dzielną, żeby znaleźć pozytywy w tych negatywach, żeby, żeby, żeby..., i ciężko jest, i smutno, że nie zawsze mi to wychodzi, a tym samym sprawiam, że zatracił się gdzieś ten uśmiech wolfikowy, z dołeczkami, i ze wszystkim...

    OdpowiedzUsuń
  3. Mnie tez już łzy stawały w oczach. Biedna Ty, ile jeszcze będziesz musiała wycierpieć. To jest nawet chyba niezgodne z regułą lekarską aby zadawać taki ból. Ja pewnie bym im tam zemdlała, tez wiele zniosę, ale no bez przesady. To jak lekarze traktują pacjenta, często można porównać do chyanstwa. Okropność.
    Tylę! I pamiętaj, że jesteem z Tobą.

    OdpowiedzUsuń
  4. Niech Ci przyniesie szczęście Kochanie:).Ciekawe kiedy zobaczę tą drugą cześć;),ale co tam...Ja to dopiero dostałem prezent ! Tylko nie wiem czy będę nosił,bo szkoda ,by było zniszczyć,zaciągnąć,poplamić;).Dziękuję Pysiu :*.

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie kloszarduj Wolfie, tylko noś! Bo od tego są ciuszki, wiesz? :P

    OdpowiedzUsuń
  6. Eh, niektórzy to nie mają wyczucia :( To o lekarzu. To tylko potwierdza teorię żeby mieć jednego, ale dobrego i zaufanego, no ale tutaj... Siła wyższa, a on tak w ogóle nie reagował na to co się dzieje??? Koszmar jakiś.

    OdpowiedzUsuń