Czy czuję finisz?
28 kwietnia minął, zapowiadana kontrola odbyła się, jak zwykle miałam się stawić na godzinę 12stą. Byłam tam nawet wcześniej, nie wiadomo, co na drogach wydarzyć się może, więc zawsze trzeba mieć jakiś zapas. Auto na drodze spisywało się znakomicie, uff! Do poradni chirurgicznej czekało sporo ludzi, lekarze mieli w tym dniu spore opóźnienie, ale kiedy już przyszli, ruszyli pełną parą. Dużo myśli siedziało w mojej głowie, tak się bałam ostatniego wyniku posiewu, mimo iż dwa poprzednie nie wykazały bakterii, to zawsze pozostawała ta niepewność, że trzeci może spłatać figla. Starałam się odrzucać od siebie takie złe myśli, ale u mnie nie bezpodstawnie one przychodzą do głowy. Miewam przeczucia, które w jakimś stopniu sprawdzają się. Kiedy mnie zawołano poczułam ulgę, bo wiedziałam, że za chwilę okaże się, co będzie ze mną dalej. Przywitał mnie sympatyczny pan doktor ten sam, co poprzednim razem. Za chiny nie wiem, jak On się nazywa, ale bardzo go lubię, za bezpośredniość, otwartość i poczucie humoru. Wyłożyłam na kozetce swe ciało, doktor wymacał chore miejsca i orzekł...
- w posiewie wyszły bakterie, ale są to bakterie, które żyją w powietrzu, więc się nimi nie przejmujemy.
Ha! Czułam to, czułam, ale skoro to naturalne bakterie, to tak jakby ich nie było :) Co nastąpiło dalej?
Doktor przedstawił plan działania. Potrzebny będzie przeszczep skóry(kolejny), jednak wszystko może się jeszcze zmienić, zależy to od konsylium lekarskiego, które zbierze się w przyszłą środę, na którym będę i ja, i które orzeknie, kiedy mam położyć się do szpitala, i co ostatecznie zostanie na mnie wykonane. Nie przewidują zabijania mnie, przykro mi ( to tak na wypadek, gdyby ktoś chciał się mnie pozbyć z tego świata ;)) W poniedziałek muszę zadzwonić na Izbę Przyjęć i zapytać, czy ordynator będzie w środę, jak nie będzie, to pojadę dopiero 11 maja. Wolałabym wcześniej, ale to nie ode mnie zależy.
Powoli dociera do mnie, że finisz jest już blisko, aczkolwiek miałam nadzieję, iż uda się to załatwić w miesiąc. Rzeczywistość może okazać się inna, gdyż teraz od lekarzy zależy, jak długo sobie poczekam w kolejce do szpitala, a znając realia wiem, że może to być kilka dobrych miesięcy. Oni mogą wyjść z założenia, że leczy się już dwa lata, może poczekać... Ale tfu, tfu, wolę nie krakać. Postanowiłam, że do konsylium nie będę o tym myśleć. A komora? Ją też wykorzystam, ale już po operacji, wtedy będę miała dodatkową ochronę przed ewentualnymi bakteriami, które chciałby mnie zaatakować.
Tak to w skrócie wygląda. Pozostaje czekać...
Czyli, o ile dobrze rozumiem, jest coraz lepiej :)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam :)
Zim, nie jest gorzej, a co najważniejsze, plan leczenia także się klaruje i mam nadzieję, że w środę będzie mi dane pojechać na konsylium, które wyda ostateczne postanowienia, co do mojego leczenia :)
OdpowiedzUsuń