czwartek, 26 listopada 2009

Godzina: 7:00
O cieniu! Jak ja nienawidzę rano wstawać. Ostatnio w ogóle nie chcą mi się  otworzyć oczy, odkąd zasmakowałam spania, to jest mi tak dobrze, że nie chcę wracać do realnego świata. Nie słyszę budzików, mówię sobie jeszcze 5 minut, lub nieświadomie wyłączam dzwonienie i smacznie śpię dalej. Konsekwencje oczywiście są, bo potem nigdzie nie mogę zdążyć. Ech, przydałby się taki budzik, coby uniemożliwił zamknięcie oczu, tylko nękał co chwile, wtedy z braku wyboru by się wstało. W każdym razie, po takich porannych problemach,  łazienka jest dla mnie wybawieniem. To w niej dochodzę do siebie, to ona pozwala mi zasnąć na 5 minut ze szczoteczką w buzi, nad umywalką,  to jej część, czyli prysznic polewa mnie wrzątkiem, i krzyczy na mnie: "No obudź się babo wreszcie".  Potem kłaniają się wody utlenione, kompresy, plastry,  i plecy dostają nowe opakowanie. Kiedy poranny rytuał dobiegnie końca - wychodzę, można powiedzieć prawie obudzona, powłóczę nogami, bo oczywiście nie chce mi się ich podnosić, i podążam do swojego królestwa, gdzie czeka na mnie mój wcześniej włączony komputer . Jak nie muszę nigdzie się wybierać, to czasami pomijam rytuał łazienkowy, na rzecz porannego dojścia do siebie przy komputerze i kawie. Łazienka jest na drugim planie - oczywiście poza umyciem zębów, i zmianą opatrunku. Jak wtedy wyglądam? Po prostu nieład artystyczny na głowie, a resztę można sobie wyobrazić wg. własnych upodobań, tylko nie robić ze mnie żadnego monstrum ;)

Dzisiaj np. było tragicznie z obudzeniem się. Łazienka jak zwykle mnie nie zawiodła. Miałam zadanie bojowe obudzenia  mamy, bo wybierała się do lekarza.  Co też ludzie czasami mają w tych swoich głowach...
Ja: Mamo...Mamooooo?, No mamo!!!
Mama: Cocococo?
Ja: No, kazałaś się obudzić!
Mama: A...już, już.... - zasnęła znów. Problemy z wstaniem mam po mamie, więc nie dałam za wygraną!
Ja: Mamo, wstawaj! - i ściągnęłam z niej  kołdrę. Mama naciągnęła ją z powrotem.
Mama:... jeszcze 5 minut... zieeewww - ( ha!)
Ja: Mamo, nie... Wstawaj, kazałaś się obudzić. Potem będziesz na mnie krzyczeć, że Cię na pewno nie budziłam! Mamoooo, no mówię do Ciebie, wstawaj!
Mama: Agnieszka!... No idź że  włożyć ten chleb do pieca, a nie zawracaj mi tu głowy!
Ja: Yyy, co?...  Mamo...  To Ty sobie lepiej śpij, a do lekarza pójdziesz jutro...

I co było, jak wstała? Oczywiście, "na pewno mnie nie budziłaś"... ale podobno była piekarzem, i robiła pyszny chlebek... Tak, tylko kto w tym śnie musiał go do pieca wkładać,... Ech, całe życie poniewierka ;)

Na dzień dobry...Nasze  przebudzenie...i rewelacyjny Buzu Squat...


Godzina 11:00
Zbieram się do lekarza. Boję się panicznie, bo wiem, że może paść słowo "szpital" - podświadomie wyrzucam to ze swojej głowy, ale świadomość bierze górę. Caly czas, mam stany podgorączkowe, wiem też, jak wyglądają moje plecy, dlatego nie mogę łudzić się, że nie padnie to słowo, którego nie chcę usłyszeć. Wiem, że to słowo, byłoby najlepszym wybawieniem z sytuacji, bo wycięliby przetoki, i zrobiliby to w znieczuleniu ogólnym, nie musiałabym cierpieć, dopiero później, ale... no właśnie... zawsze muszę mieć jakieś ale... Jestem człowiekiem, który za bardzo sobie przybiera do głowy, i tym razem sobie przybrał, że głupio mu tak udać się do szpitala, że znowu nie jest zagojony, i będzie im zawracać głowę... Wstyd mu, że jego organizm nie chce się goić,  a on sam nie ma na to żadnego wpływu, i że oni znowu staną nad człowiekiem mówiąc, że wszystko jest wbrew prawu grawitacji..., i że znowu będą człowieka męczyć, sprawiając ból, którego człowiek nie będzie mógł znieść,  i że znowu człowiek będzie z tym wszystkim zupełnie sam...No, to idę!

Godzina 13:00
Idę do szpitala... Niestety... Miało to być już dzisiaj, ale  lekarz na tyle wyrozumiały, widział moje przerażenie,  że pozwolił mi zaczekać do poniedziałku. Poniedziałek mam być na czczo, od razu położą mnie na stół, ponacinają wszystko, czego nie powinno być na plecach, i zdrenują... Tak bardzo się tego boję. Wiem, że to jedyne wyjście z sytuacji,  mój organizm jest w kiepskim stanie, wyniki złe, praktycznie nie posiadam leukocytów w sobie, a to dzięki nim organizm ma odporność, i walczy. U mnie nic nie walczy, wszystko wyniszczone, tylko gorączka  przypomina mi, że dzieje się coś niedobrego. Ech. Gdybym tak mogła cofnąć czas, i słuchałabym, co się do mnie mówi, to może tego wszystkiego by nie było. Jak zwykle wiem lepiej, a potem mam za swoje. To moja straszna wada jest, najstraszniejsza ze wszystkich, które posiadam.  Najgorsze też, że trochę w tym szpitalu poleżę, bo tym razem oni chcą być pewni, że już nie wrócę... Chlip... I nie przyjdzie do mnie Mikołaj...Chlip...,a jak przyjdzie, to pewnie dostanę rózgę... Chlip..., za mądrowanie... Chlip...

Godzina 14:00
Wybraliśmy się z tatą na zakupy. Mamę też zabraliśmy, bo jechała do pracy. Wszystko ładnie, pięknie. Odezwałam się po jakiś 5 minutach, bo już nie wytrzymałam:
Ja: Tato, ale w tym aucie śmierdzi!
Tata: Czym?
Ja: Nie wiem, jakby się coś rozkładało, mamo, czujesz?
Mama: Czuję właśnie, już tacie to wcześniej mówiłam.
Ja: Tato, przyznaj się - pierdzisz w fotel!
Mama: Na pewno pierdzi, i nie wietrzy, to wszystko prześmierdnięte!
Tata: Wyście są niepoważne! Ja nic nie czuję.
Ja: hihihiih :D
Mama: No tak, tata nie słyszy, bo nie ma czuja!
Ja: ?!
Tata: ?!
Mama: No, co :)
Ja:... ale, że o co Ci chodzi?
Mama: No, że nie ma czuja.
Ja: No wiem, że czuj to węch, ale co to ma wspólnego z tym, że nie słyszy?
Mama:... ,a bo ty tego nie rozumiesz...
Tata: Ja też tego nie rozumiem...
Mama:... a, bo twoja córka musiała się na kogoś podać!
Ja: Mamo, ja w fotel nie pierdzę !
Po 5 minutach...
Mama: Kurde chciałam powiedzieć, że nie ma węchu, to nie czuje....
Ja: Buahahahaha...., mamo nie przejmuj się, grunt, że szare komóreczki zadziałały, to nic, że po czasie, masz już swoje lata, masz wybaczone...
Mama: Nie odzywaj się do mnie... :)
... a tata z wrażenia przejechał skręt. Powiedzieli, że już nigdzie ze mną nie pojadą, ale ja  przecież nie wiem, o co im chodzi, nic takiego nie powiedziałam :)
A co do smrodu... powodem było zgnite jabłko w bagażniku!


Dalsza część dnia, to było podtrzymanie mnie na duchu, dziękuję,dziękuję, dziękuję! Dużo to dla mnie znaczy. Dziękuję...
Była też moja Amelusia, mój Skarbek kochany. Grałam z nią w karty, w wojnę. Ja wiem, że ona jest za malutka, i nie wolno dziecka na złą drogę sprowadzać, ale...
Ja: Amelusia, zagrasz z ciocią w karty?
Amelia: Njo :)
Ja:.. a umiesz?
Amelia: Njo - wcale nie umiała, ale ona też jak ciocia wszystko wie - przynajmniej jej się wydaje .
Ja: To ciocia Ci powie, to jest Dama, Król, Walet, a największą kartą jest As. Weź sobie połowę kart, i będziemy rzucać...- rzuciłam ja.
Ja: Dziesiątka
Amelia: Aś...
Ja: Dama...
Amelia: Aś...
Ja: 9
Amelia: Aś...
Ja: Walet
Amelia: Aś...
Ja: Amelia,ile masz tych Asów...?
Amelia: tśi :D

To nic, że to wcale nie były asy... Mały skubaniec zapamiętał, że co najwyższe,  wygrywa, i miał same Asy, było ich chyba z 10 - u Amelki oczywiście, bo tak naprawdę, były to zupełnie inne karty... Ech, uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam...ją. Tak bardzo się rozwinęła. Wszystko teraz powtórzy, jak wrócę ze szpitala, pewnie już mówić będzie, a ja to przeoczę... Chlip...
We wszystkim chce mnie naśladować, i nawet takie same skarpetki nosimy na stópkach...
Nieład kolorów jest najlepszy na świecie :D




16 komentarzy:

  1. A o mnie nic :(? A buu;)...

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak nic :) Ty nie widzieć? Ja pokazać? Ty czytać jeszcze raz :) i Ty widzieć to, co niewidoczne dla oczu, jak Ty nie widzieć normlanie, a poza tym Ty i tak czytać w moich myślach, więc Ty widzieć, co tu być ;) Hihihi.

    OdpowiedzUsuń
  3. No pokaż gdzie?;) Pokaż paluszkiem;).

    OdpowiedzUsuń
  4. No qrde,ale dokładnie wskaż:).Jak to było na forum;).Cytowanie jakie :)?

    OdpowiedzUsuń
  5. Selektywne :D

    Dalsza część dnia, to było podtrzymanie mnie na duchu, dziękuję,dziękuję, dziękuję! Dużo to dla mnie znaczy. Dziękuję...

    No :D
    Teraz Ty widzieć ?:D

    OdpowiedzUsuń
  6. Coś tam widzieć;) czyli ,że to bardzo ogolne ;)A komu tak bijesz pokłony,he ?;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Padanie na twarz, i wszystko inne, co wiąże się z czymś, dzięki czemu ja zaczynam wkraczać na właściwy tor - zawdzięczam Mister W, Ty znać?

    OdpowiedzUsuń
  8. Znam i przekaże mu ,ale jego to smoli;).Na ile go znam to zadowliłoby go to jesli byś go czasem posłuchała,a nie jedno uszko-drugie uszko;).

    OdpowiedzUsuń
  9. Już dostałam nauczkę...Już nie wypadnie drugim uszkiem jak coś powie, bo skoro mówi, to znaczy, że wie lepiej, i na pewno nie dla szkody... :)
    Smolić go też nie może, bo od tego padania mam urazy twarzoczaszki :D Proszę przekazać :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Przekazałem i spojrzałem na jego twarz...Rozczulił sie i w kącikach oczu zobaczyłem łezki..Ale nie mów mu ,bo kapuś ze mnie wyjdzie...;)

    OdpowiedzUsuń
  11. Nie powiem ;), aczkolwiek ta forma wrażliwości jest czymś dobrym, i jakże rzadko spotykanym u innych ludzi :)I niech te łezki znikną z tych kącików, bo mi się udziela... ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. Ale on mi mówi ,że mozna mówić ,można przekonywać,a myśli nie uciekają ,wręcz utożsamiają się z kimś...chce wziąc coś ,cześć bólu ,chce ulżyć..To dziwne ,ale czasem mu wierzę ,bo mówi to bardzo przekonowująco i z takim zapałem...

    OdpowiedzUsuń
  13. Bo Pan W. to mądry człowiek jest, i dobry, i on o tym powinien wiedzieć. Można odczuć tę dobroć jaka przemawia przez niego, i ten ból, czy też lęk staje się wtedy mniejszy, bo się wie, że w tych trudnych chwilach gdzieś tam, daleko, będzie towarzyszył w boju, nienamacalnie, ale będzie trwał w tym gorszym czasie. Ja wierzę za każdym razem,w to, co mówi, bo to da się poznać, jaki człowiek jest :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Zerkłem na niego...Pokiwał głową i zabrakło mu słów..Przebierał coś paluszkmai ale chyba sam w tym sensu nie widział...

    OdpowiedzUsuń
  15. To mu przekaż, że przyjemnie jest słuchać,nawet wtedy, kiedy milczy...:-) Czasami nie trzeba nic mówić, wobec prawdy szczególnie... :)

    OdpowiedzUsuń