wtorek, 27 lipca 2010

26,50..., to nie kwota, to liczba przejechanych w dniu dzisiejszym kilometrów. Pogoda była niepewna, chmur pełno, jednak słońce raz za czas wyglądało nieśmiało. Wyruszyliśmy z Kisiołem na krótki wypadzik, który nie brnął daleko, ze względu na pogodę. Nigdy nie wiadomo, kiedy zacznie kropić, chociaż ja miałam nadzieję, i nawet próbowałam być pewna, że dzisiaj nas to ominie. Niestety, złapało nas w połowie drogi ( tak się właśnie znam ;)), ale mimo wszystko jechało się przyjemnie, chociaż temperatura spadła diametralnie. Czuć było, jak mięśnie szybko się schładzają, czy ucierpią na tym stawy? Się okaże na starość, jak oczywiście dożyję tego godziwego wieku ;) Wiatr też nam nie sprzyjał, mieliśmy dzisiaj etapy, w których trzeba było włożyć większą siłę, ze względu na podmuchy, które uderzały w nas z przodu. Momentalnie, spowalniało człowieka, i musiał nadrabiać nogami, a jak jeszcze działo się to przy wjeżdżaniu na wzniesienie, to dopiero męcząca przyjemność występowała. Jednak, po zmianie, i obniżeniu siodełka, jechało mi się fajnie, żeby zapewnić sobie komfort jazdy, trzeba się czasami nakombinować. Nie ma opcji, żeby nie zmieniać ustawienia podczas jazdy. Przy większej ilości kilometrów, które się pokonuje, wychodzą najmniejsze niedociągnięcia, i wszystko zaczyna przeszkadzać. Dlatego tak ważne jest odpowiednie ustawienie, czy kierownicy, czy rogów, czy sztycy podsiodłowej, wraz z przesunięciem siodełka. Kiedy się tego nie zrobi, cierpną stopy, nogi, ręce, przez wszystko przechodziłam w tamtym roku, wiem, jaki to potrafi być dyskomfort, jednak zacięcie w jeździe powodowało, że znosiłam ból, dla przyjemności pokonam każde przeciwności losu. Dzisiaj nie musiałam, była to już tylko, i wyłącznie przyjemność, bez żadnego bólu!


Rower jest wielce okey, rower, to jest świat!!!



..., a teraz sobie pada, i pada, i pada. Wolfik śpi, a ja dumam, w stylu Salanee.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz