czwartek, 29 lipca 2010

"...Zjadliwe bakterie napłynęły wartkim strumieniem, jakby trysnęły z rynsztoka. W jednej chwili miliony pałeczkowatych mikroorganizmów wypełniły wnętrze rany. Bakterie w większości tworzyły małe zbite grudki. Osiadały na aksamitnych fałdach tkanki podskórnej, zagnieżdżały się w jej przyjaznych, żyznych zagłębieniach. Znajdowały tam niewyczerpane ilości pożywienia. Tam również wydalały swoje trujące produkty. Delikatne komórki okazywały się bezradne w obliczu atakującej hordy. Gnilne wydaliny bakterii - wśród nich żrące proteiny i lipidy - parzyły jak kwas, powodując natychmiastowe uszkodzenie tkanek miękkich. Komórki walcowate uwolniły własne chemiczne substancje obronne oraz wysłały sygnały wzywające całe ciało na pomoc. Niestety, obronne wydzieliny nie mogły zaszkodzić bakteriom, których powierzchnię pokrywała brązowawa, woskowata warstewka lipidów. Bakterie oznaczały kłopoty. Uwalniane mediatory chemiczne zainicjowały złożony system obrony immunologicznej, skierowany przeciwko najeźdźcom. Ten system to cudo, które ulegało stałemu doskonaleniu od początku życia na Ziemi. Pod wpływem czynników chemicznych nastąpiły zmiany w miejscowych naczyniach krwionośnych. Wydatnie wzrósł w nich przepływ krwi, w ich ściankach zaś otworzyły się miniaturowe „okienka”, umożliwiające wypływ osocza do tkanek. Przez okienka te wydobywały się także granulocyty, wysoko wyspecjalizowane do walki z bakteriami komórki, tworzące pierwszą linię obrony. Granulocyty zaczęły wydzielać kolejne substancje chemiczne, wśród nich potężne enzymy. Przystąpiły także do bezpośredniej walki z drobnoustrojami. Przypominały jednak przy tym samobójczych lotników kamikadze, wszystkie bowiem ginęły wyczerpane walką z bakteriami. Ich miejsce zajęły wkrótce większe komórki nazywane makrofagami. Przyzwane sygnałami chemicznymi, przybywały one prosto ze szpiku kostnego. Podobnie jak granulocyty, po drodze musiały się wydostać z naczyń poprzez niewielkie pory. Zaraz po tym włączały się do szalonej bijatyki. W walce były skuteczniejsze od granulocytów.
Z powodzeniem pochłaniały znaczne ilości bakterii. Wydzielały również pewne substancje do otoczenia, które coraz bardziej przypominało zielonkawą ropę. W ciągu siedmiu godzin na placu boju zaczęły się pojawiać limfocyty. Oznaczało to uruchomienie drugiego etapu obrony immunologicznej. Ponieważ organizm nigdy wcześniej nie zetknął się z bakteriami, jakie pojawiły się obecnie, toteż we krwi nie było specyficznych, skierowanych przeciw nim przeciwciał. Jednak proces ich wytwarzania właśnie się rozpoczął.
Gromadziły się limfocyty T, ulegające transformacji pod wpływem impulsów chemicznych. Komórki te przywoływały kolejne falangi makrofagów, które z kolei wzmagały napływ limfocytów T. W ten sposób została uruchomiona samonakręcająca się spirala odporności typu komórkowego..."


Mniej więcej, w taki sposób wygląda walka mojego organizmu z tym, co dzieje się na moich plecach. Nie zdajemy sobie nawet sprawy, jakie to wszystko skomplikowane jest, jakie zachodzą procesy wewnątrz nas. Kto u mnie wygrywa? Jeszcze bakterie, ale mam nadzieję, że z każdym dniem będą coraz słabsze. Dzisiaj za mną kolejna dawka autoszczepionki, samopoczucie adekwatne do podania. Spać mi się chce. Doktorowy zakomunikował mi dzisiaj, że będzie konieczne powiększenie istniejącego nacięcia, żeby miał szerszy zakres widoczności. Na szczęście nie będzie to na żywo, i na szczęście, nie będzie to w następnym tygodniu, ponieważ udaje się on na zasłużony urlop. Jedno mnie martwi, zamiast niego, w zastępstwie będzie inny doktor, który może mnie z lekka zmasakrować, widząc mój stan. Ostatnio, jak mnie dopadł, to zasączkował mnie na żywo, nawet nie informując, co za chwilę uczyni. Się go boję, i wolę, żeby mnie nie tykał. Poczekam na swojego medyka, i już! Jeżeli chodzi o okres leczenia, przede mną co najmniej pół roku. Perspektywa niezła. To nie jest tak, że pstryknie się paluszkami, i się ma, w moim przypadku, wszystko jest możliwe, a jak się nie uda, to czeka mnie..., doktor House ;) Z drugiej strony, ciekawa jestem, jaką chorobę by mi wynalazł... ;)



8 komentarzy:

  1. Do dra Hause'a jeszcze nie dotarłaś, ale za to ile razy mogłabyś być w "Chirurgach" ;) Wierzę, że dobre bakterie zwyciężą i to szybko! Pozdrawiam pourlopowo!

    OdpowiedzUsuń
  2. Niech uciekają te brzydoty, ile jeszcze będą męczyć biedną Agę!!!
    Ja też jestem dobrej mysli, mimo wszstko mam nadzieję, że ta autoszczepionka w końcu zacznie działać.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziękuję Wam dziołchy :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Na froncie Agnieszko pierwszej i drugiej wojny światowej nie było takiej rozróby jaką w Twojej ranie opisałaś :)
    wszyscy się módlmy by bakterie dobre jednak pokonały te żulikowate, które zamęt wprowadziły i bałagan :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Tomku, dokładnie, szczerze, to nie miałam pojęcia, że w organizmie może toczyć się taka walka na śmierć i życie, - bakterii oczywiście ;) Artyleria cały czas jest wprowadzana do mojego organizmu, ale chyba jeszcze szykuje posiłki, bo nic nie robi, żeby wizualnie i zapachowo żyło mi się lepiej. Jeszcze poczekam. A jak u Was? Zdrowiejesz sobie Ty?:D

    OdpowiedzUsuń
  6. Po operacyjnym zabiegu, leżę sobie w Otwocku i odliczam ile czasu zostało do spotkania z Agatką
    na obecną godzinę wycałuję Ją za 52 godziny i czternaście minut :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ojeju..., Tomku, to zdrowiej szybko, mam nadzieję, że cierpieć Ci nie dają, co?
    Pozdrów Agatkę :)

    OdpowiedzUsuń
  8. cooo? cierpieć nie dają?! ;( a właśnie że dają i nic sobie z tego nie robią ;(
    Agatka w niedzielę przyjedzie to dopiero wtedy uśmierzy mój ból
    Pozdrowionka

    OdpowiedzUsuń