Dom się zapełnił, rodzice powrócili, a ja zatęskniłam za tą samotnością, którą miałam przez ostatnie dni. Dom był wprawdzie tak strasznie pusty, ale jednak nikt się nie kłócił, panował spokój i porządek. Wszystko przeminęło, skończyło się. Nie wiem, co to za dziwny czas panuje, ale nie podoba mi się on strasznie, nie nastraja mnie zbyt optymistycznie, przeplatane radości ze smutkami, z przewagą tych drugich. Nie lubię tak się czuć, nie jestem wtedy sobą, gdzieś we mnie siedzi jakiś pesymistyczny podpowiadacz, który wszystko widzi w czarnych barwach, i szepcze do ucha, nie uda się, nie wyjdzie, nie, nie, nie. Jak to zrobić, żeby zobaczyć wszystko w kolorach, no jak? Sama nie wiem...
Z pola walki:
Autoszczepionka, póki co, nie przynosi żadnych rezultatów, niestety. Na tym etapie, powinno się już coś dziać. U mnie tymczasem nie dzieje się nic. Rana, jak ropiała, tak ropieje, dziura, jak była, tak jest, przerost tkanek, w postaci wystających bulw, które krwawią za każdym razem, bujają, i są coraz większe. Nie wiem, co to będzie, nie wiem, czy wyzdrowieję. Pozostało mi żyć normalnie, jeżeli normalnością można nazwać, wieczne zamartwianie się, czy opatrunek nie przemoknie, co z zapachem, no i ból, który promieniuje aż do lewej kości biodrowej, to jest chyba teraz najgorsze. Nie występuje cały czas, ale jak już przyjdzie, to ciężko jest ułożyć się, żeby nie bolało. Słuchając rad lekarza, staram się żyć normalnie właśnie, dużym plusem dla mnie, i według niego jest to, że wsiadłam na rower, jeżdżąc, powoduję większe wydzielanie brudów, i nie zalega to tak we mnie. Na rowerze czuję większą ulgę, przy chodzeniu się bardziej męczę. Chociaż, kiedy dochtór dowiedział się, że ostatnio zrobiłam 40 km, troszkę mnie przystopował, za duży przeskok, organizm wycieńczony jest chorobą, a jeżdżąc takie odległości, dokładam mu dodatkowych obciążeń. Mam stopniowo, go obciążać, a nie od razu z grubej rury... Na nic moje tłumaczenia, że 40 km, to wcale nie jest dużo, to się tak tylko wydaje, na rowerze raz dwa pokonuje się takie kilometry, i to jest czysta przyjemność.
Z życia rowerowego...
Zmieniłam siodełko. Jest rewelacja, mój tyłek ma teraz prawdziwy tron, na którym dobrze mu się siedzi, się cieszę! Gorszą sprawą jest to, że niestety będę musiała wymienić korbę w rowerze, co to jest korba? patrz: GOOGLE Genialny sprzedawca, tak mi dokręcił pedały, że zerwał gwint, i nie jestem w stanie ich zmienić, gdyby było trzeba, a właśnie dzisiaj był taki dzień... :/ Warunki w karcie gwarancyjnej niestety, nie pokrywają takiego typu usterek, zawsze się muszą zabezpieczyć. No, nic, przyjdzie mi wydać kiedyś ok 300 zł...
..., a poza tym to żyję, raz lepiej, raz gorzej. Wolfik też ;)
poniedziałek, 26 lipca 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz