Koniec sierpnia, kto by pomyślał, że to tak szybko zleci, że ogólnie te dwa miesiące, przeminą, jakby ktoś pstryknął paluszkiem. Pamiętam, jak jechałam do Krakowa, celem pobrania materiału do autoszczepionki, jak później oczekiwałam, aż mi ją przyślą, jak pierwszy raz poszłam z nią do lekarza, i zastanawiałam się, ile razy będę musiała pójść do poradni, zanim ją skończę, jak wyobrażałam sobie, że za niedługo będę zdrowa myślałam, że autoszczepionka zadziała od razu, jak miewałam chwile wzlotów i upadków, kiedy to działały skutki uboczne. W końcu, jak liczyłam na te efekty, o których zapewniali mnie, że będą. Przede mną wrzesień, dzisiaj wzięłam ostatnią dawkę ( albo wezmę w czwartek), lekarz niezbyt zadowolony z wyglądu ran. Ostatnio, niby było lepiej, teraz okazało się, że jednak nie, że wysięk nadal jest, że rany są brzydkie, głębokie..., zasiłek rehabilitacyjny mi się kończy, a ja nie wiem, co mam robić, przyjdzie mi składać pewnie papiery aby przyznali go jeszcze na kolejne dwa miesiące, a później będę żyć nadzieją, że tym razem uda się wyzdrowieć. Problem tylko w tym, że nie wiadomo, czy i jak zamierzają ze mną postąpić lekarze. Skoro przez rok nic samo się nie stało, to jak może stać się teraz? Tracę wiarę, że uda się pokonać parszywca, wydaje mi się, że będzie tak już zawsze... Pozytywny nastrój przeminął również, kiedy dowiedziałam się o pewnym starszym panu, z którym leżałam najdłużej na oddziale. On był bardzo chory. Piszę w czasie przeszłym, bo wczoraj umarł. Na co? Na odleżynę na stopie. Człowiek przeżył takie skomplikowane operacje, a zmarł, na Sepsę, bo organizm był zbyt słaby, a wg. lekarza, który prowadził go na oddziale, rana nie wyglądała aż tak tragicznie, i wszystko niby było w porządku. Jedna doba wystarczyła, żeby poszedł na "tamten" świat. Gdyby zrobili posiewy, wiedzieliby co jest przyczyną, dlaczego tak się dzieje, przecież Sepsa wykryta we wczesnym stadium jest wyleczalna. Ech, straszne to jest.
Zmęczona jestem, nie odespałam jeszcze pobytu Amelki, wczoraj prawie do 22:30 u mnie była, a noc z soboty na niedzielę spowodowała, że o godzinie czwartej rano, mała była na nogach, a tym samym ciocia musiała wstać, bo przecież nikt inny nie mógłby się do niej zbliżyć. I dałabym radę czuć się normalnie, gdyby nie to, że do tej godziny czwartej, ona budziła się od pierwszej w nocy, co godzinkę prawie faktem jest, że było to popłakiwanie, ale przytulić trzeba, żeby zasnęła. Efekt? Praktycznie nie spałam, a teraz jeszcze kiedy choruję, dodatkowo jest mi sen potrzebny, a zresztą odzwyczaiłam się od siedzenia po nocach, bo z wolfem już tego nie praktykujemy, i prawie zawsze przesypiam 10 - 11 godzin. Najgorsze było to, że ten mały przylepek za mną krok w krok, ja do ubikacji - ja idę z tobą, ja zmienić opatrunek - to ja idę z tobą... O godzinie piątej rano, Amelka wybierała się na "polko" lub "dwór", wybór jak kto woli, u mnie mówi się "pole". Ledwo jej przetłumaczyłam, że to jeszcze za wcześnie, że przecież wszyscy śpią, nawet słoneczko. Czas pożytkowałyśmy wspólnie, chociaż moje oczy nie widziały prawie nic, a głowa upominała się o sen. Przez cały dzień wypiłam trzy kawy, żeby mnie postawiły na nogi, ale jakoś nic nie pomogło...,a dzisiaj musiałam wstać o godzinie szóstej, wyobraźcie sobie, jak się potwornie czułam, jeszcze było tak zimno, że spod tej kołdry nie chciało się wychodzić, a oczy moje same prosiły o dalszy sen. Dziękuję wolfikowi, że posiada jeszcze cierpliwość w budzeniu mnie, pewnie kiedyś dobiegnie ona końca, chociaż do tej pory jak obiecuję, że wstanę to wstaję jakoś, wiąże się to ze strasznym dyskomfortem ciałowym, szczególnie wtedy, kiedy występuje u mnie przemęczenie, ale jak trzeba, to nie ma innego wyjścia, więc może tej cierpliwości aż nadto nie wykorzystuję, a przynajmniej nie jest to moim zamiarem. Za każdym razem mam jednak wyrzuty sumienia, że przeze mnie tak wcześnie wstaje, nie lubię tak mieć, źle się z tym czuję.
Rzucanie nałogu: Dzień drugi i trzeci.
Wczoraj wypaliłam zaledwie półtorej papierosa, dzisiaj jeszcze nie. Sama jestem w szoku, wychodzi na to, że te tabletki naprawdę działają, a może to efekt placebo? Nieważne, ważne że działają. Pomimo tego, że mam dostęp do fajek, nie ciągnie mnie wcale, nie wiem, czy to komfort psychiczny, bo jak zechcę to dostanę, czy po prostu mój organizm nie wymaga? Brakuje tylko czasami samego potrzymania odpalonego papierosa jednak, kiedy tylko wyobrażę sobie, że miałabym się nim zaciągnąć, od razu robi mi się niedobrze. Kiedy palę, również nie ma rewelacji, drapie w gardle, przyczynia się do powstania suchości w ustach, i dyskomfortu brzuszno-płucnego. Mam dodatkowe utrudnienie, bo moja rodzicielka pali w domu, bałam się, że przez to mi będzie ciężej, jednak NIE, dzisiaj zaczął mi przeszkadzać dym, kiedy zapaliła w ubikacji, i wcale, ale to wcale nie przyczynił się on do tego, żeby skusiło mnie na zapalenie. W dniu dzisiejszym mogę wypalić tylko jednego papierosa. Może się uda wytrzymać bez niego, jak do tej pory nie zapaliłam. Jestem z siebie dumna - naprawdę, kiedy ludzie przestawiali wierzyć, albo byli sceptyczni wobec rzucania mojego nałogu, a szczególnie jeden, niejaki Kisioł, udzielało się też mnie, wydawało się, że poniekąd ma rację myśląc tak, bo przecież ja nie posiadam silnej woli, ja lubię palić, jak może mi się udać, niby papierosy niszczą życie, ale jednak dodają też przyjemności nałogowej są uspokojeniem na skołatane nerwy..., teraz wiem, że na nagłe zdenerwowanie nie jest potrzebny papieros, wczoraj wytrzymałam pomimo tego, że nie raz zostałam mocno wyprowadzona z równowagi. Mam dzisiaj swoje małe święto, i płakać mi się chce, i nadal będę sobie kibicować, Uda się, uda!!! Kisiole, widzisz, mocna jestem chociaż w tym postanowieniu, i trzeba we mnie wierzyć :)
Aura negatywna na dworze, samopoczucie me różne, czasami myślące, czasami przeczuwające rzeczy,które mogą się wydarzyć, bo oczy widzą. Na takie chwile mam tylko jeden zespół, który pozwala mi przetrwać PENDRAGON!!!
poniedziałek, 30 sierpnia 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
nawet przez moment nie ZWATPIŁEM :-)i nie zwątpie (to tylko takie droczenie):-)
OdpowiedzUsuńBuahahha, tak tak ;)
OdpowiedzUsuńDasz radę i z tym leczeniem i z wyjściem z nałogu. Co do pierwszego, to kurcze musi w końcu być jakieś lekarstwo, któte pomoże, mam cały czas nadzieje, że ta autoszczepionka zadziała.
OdpowiedzUsuńA u mnie chyba jesienna chandra.
Pozdrawiam cieplutko!