Weekend okazał się bardzo aktywny. Korzystam z pogody i jeżdżę, dzisiaj kolejne 30km. Od wtorku niby deszcz ma przyjść, więc trzeba się wyjeździć na zapas, bo kto wie, kiedy znów przyjdzie pogoda, z nią to różnie bywa.
Ostatnio dużo się zastanawiam, nad moim powrotem do pracy nie wiem, co mam robić nie wiem, czy znajdę jakąś pracę w moim mieście, a perspektywa niepracowania jest dla mnie nierealna, no bo jak żyć? Zamartwiam się na zapas - wiem, ale muszę tak, bo za niedługo wyzdrowieję, i co wtedy zrobię? Byłoby mi łatwiej podjąć decyzję, gdyby z tą pracą nie łączyły mnie specjalne więzi - rodzinne. Ciężko odejść, bo na mnie polegają, bo nie wyobrażają sobie, że mogłoby mnie nie być, bo przecież nie mogę ich zostawić w potrzebie, bo przecież muszę tam być, bo jak nie, to pewnie foch na całej linii. Co mnie najbardziej przeraża po powrocie? Nawał pracy, znowu wszystko zostanie zrzucone na mnie, dostanę dużo obowiązków, a ja, jako że jestem osobą, która wszystko, co robi stara się robić dobrze, poświęcę się temu bezgranicznie, nie bacząc czasami na konsekwencje. Praca ta jest także bardzo stresująca, na mnie nigdy nie działało to korzystnie. W pracy - myślałam o pracy, jadąc do domu - myślałam o pracy, zasypiałam, i myślałam o pracy, wstawałam - to samo, i tak do weekendu. Sam weekend, był dla mnie krótki, bo już w niedzielę miałam doły, i kiepski nastrój, gdyż wiedziałam, że poniedziałek znowu rozpocznie masakryczny tydzień, w którym będę myślała o pracy. Nie wiem, tak chyba nie powinno to wyglądać. Do pracy człowiek powinien iść zadowolony, z chęcią, ja może i tę chęć bym miała, bo ludzie pracujący ze mną są w porządku, ale niestety jednego nigdy nie mogłam zaakceptować - odległości. Od poniedziałku do czwartku byłam wycięta z życia. Wyjeżdżaliśmy o 8, czasami wcześniej i wracaliśmy o 23, czasami później. Do przejechania w sumie było ok 260km, i tak dzień w dzień. Nie miałam nic z życia, brakowało mi odpoczynku, snu, i przyjemności, w których mogłabym nie myśleć o problemach w pracy...Nie powiem już o tym, że zaniedbywałam ludzi, po prostu nie miałam czasu, i czasami sił na spotkania. Boję się, że gdy wrócę, wszystko będzie tak, jak przed moją chorobą. Rodzina mi w tym też nie pomaga, oni nie rozumieją, jak to jest, kiedy nie można żyć swoją pełnią życia, dla nich liczą się te więzi, i tłumaczą to zdaniem, "co zrobisz, jak kiedyś zostaniesz sama, jak nas już nie będzie, nie możesz tak zrobić, rodzina jest ważna, tylko na nich możesz liczyć w sytuacji kryzysowej..." Dobrze, ale co ze mną, co z moją psychiką, co z moim życiem? Jakie życie będę mieć jeżdżąc o 7 do pracy i wracając po 23? Jakie będzie moje życie, kiedy mnie wcale w nim nie będzie, bo wypracuję tylko automatyzm, na dojazdy i powroty, a sił na nic innego nie starczy, no i czas też będzie za krótki, żeby móc zrobić coś jeszcze? Jak sobie mam ułożyć to życie, żeby móc pogodzić wszystko to, co bym chciała? Jak mam się cieszyć takim życiem, no jak? Ech. Był czas, kiedy cieszył mnie każdy nowy dzień, teraz zaczynam dzień od zamartwiania, mam za dużo czasu na myślenie, w którym jak to mówi wolf, uprawiam czarnowidztwo... Staram się odrzucać to, co złe i czarne, ale kiedy realność próbuje mnie dopaść, nie mogę sobie z tym poradzić i ciężko mi strasznie, bo nie wiem, co mam robić, bo jestem zbyt skomplikowana, bo chyba za mocno mi poodkręcano śrubki, i sama dla siebie jestem ciężarem, i nienawidzę tego swojego realizmu, bo zwykle wszystko, co sobie myślę się sprawdza. Takie moje problemy się dzisiaj tu pojawiły, ale musiałam, żeby mi się lepiej na serduszku zrobiło. Taka myślodsiewnia, wyciągasz, i zapominasz..., albo przynajmniej starasz się zapomnieć..., na czas jakiś...
Bez pojęcia, co mnie czeka
Machając na pożegnanie załzawionym oczom
Pamiętając, wszystko, co mi powiedzieli
Wzniosłem oczu ku niebu
Poprosiłem Go o siły i wskazanie drogi
Prosta wiara prostego człowieka
Złożona została w moich rękach i na jego głowie
Dałem wszystko, to co chcieli
Ale oni byli niezaspokojeni
Dawaliśmy z siebie wszystko
Dobrzy ludzi tracili życie
Chyba nie wiedząc po co
Sprzedałem im serce
Sprzedałem im duszę
Dałem wszystko co miałem
Ale nie złamali mojego ducha
Moja godność była tarczą
Słyszysz mnie?
Widzisz mnie..."
Decyzja bez wątpienia trudna... A to wyzdrowienie jest pewne? Jeśli tak, to tylko się bardzo, bardzo cieszę :* I to jest najważniejsze.
OdpowiedzUsuńZim, dziękuję :) Ogólnie, jeszcze nie wyzdrowiałam, ale do końca września mam tylko zasiłek rehabilitacyjny, a bez pieniędzy nie da się żyć, więc coś będę musiała zrobić. Pozdrawiam :)
OdpowiedzUsuń