piątek, 9 lipca 2010

"Góry nie są zwykłym pięknem, są pięknem ponad inne piękna. Tam, gdzie piękno łączy się z tęsknotą za pięknem, rodzi się miłość. Góry trzeba ukochać, później idziemy w nie jakby oczyszczeni z trosk i problemów, hartujemy zdrowie zmaganiami fizycznymi, a silną wolą często pokonujemy samych siebie. Jeżeli kochamy góry, to wszystko w nich jest piękniejsze, miłość i przyjaźń, sami jesteśmy lepsi. Dlatego idziemy w góry młodzi i starzy i rodzice z zupełnie małymi dziećmi."


I znowu upały. Dobrze tym, co mogą sobie wypocząć wakacyjnie, albo aktywnie, albo po prostu, leniąc się. Lenić można się na różne sposoby, albo jest to leżenie do góry brzuchem, albo na boczku, albo jeszcze inaczej, w zależności od upodobań. Aktywna forma wypoczynku jest lepsza. Nie ma to, jak zmęczyć się tak bardzo, że jedyne o czym później marzymy, to lenistwo, takie błogie, takie wyczekiwane, takie oczywiste. Do tego wszystkiego, wymagany jest jakiś zimny napój, koniecznie z lodem, orzeźwia ciało i umysł..., mniam. Jak widać, wszystko i tak prowadzi do lenistwa, aczkolwiek, lubię, uwielbiam nawet zmęczyć się tak, żeby nie mieć już siły, wtedy, kiedy muszę włożyć ostatek energii, mam większą satysfakcję na finiszu, że podołałam, pomimo przeciwności losu, pomimo tego, że wcześniej wydawało mi się, iż nie dam rady, i wyzionę ducha, i dajcie mi spokój, dalej nie idę. Tak było podczas wyjścia na Babią Górę, która znajdowała się na 1724 metrze n.p.m. To, co widziałam, było czymś najpiękniejszym w moim życiu, miałam wrażenie, że jestem nad tym wszystkim, że wszystko, co złe, zostało tam, na dole, i jest teraz nieważne. Tak było, w połowie drogi. Druga połowa, kiedy wkroczyliśmy na Akademicką Perć to większa wysokość, większe wrażenia, najtrudniejszy odcinek, co powoduje, większe wycieńczenie organizmu, któremu nie pomaga tarczyca, faszerowana hormonami, zupełnie niepotrzebnie. Działy się ze mną dziwne rzeczy, najgorszą jednak było duszenie przez wysokość. Podołałam , bo nie miałam innego wyjścia, chociaż bluzgi po drodze leciały, jak wcześniej napisałam, padły słowa, nie idę dalej... I nie poszłabym pewnie, gdyby nie motywator Kisioł, i jego stwierdzenie, że tędy nie będziemy schodzić ;) Pomyślałam: to, co tak sama tu będę siedzieć, i ruszyłam..., bo wiedziałam, że udowodnię sobie po raz kolejny, że chcieć, to móc! Zmęczyłam się, jak diabli, w sumie Babia Góra, nazywana Diablakiem, nie ma nic przeciwko tym diabłom, i takie zmęczenie, to dla niej pewnie żadna nowość, no i miło było usłyszeć słowa: jestem z Ciebie dumny! Było warto, było to moje, i nikt mi tego nie odbierze. Minęły już dwa lata, a ja, gdy zamknę oczy, cały czas widzę ten trud wchodzenia, każdą kroplę potu, spuchnięte ręce, krew z nosa, ból głowy... Najpiękniejsze, to zmęczyć się, wiedząc po co się, to robi, ja wiedziałam..., robiłam to dla siebie, dla organizmu, dla przyjemności, adrenaliny, zamiłowania, i wszystkiego innego, bardzo pozytywnego.
Dla niewtajemniczonych..., a wiecie, co było dodatkowym utrudnieniem? Zapomniałam górskich butów z domu, i szłam w pożyczonych, a one same, ślizgały się, gdzie tylko mogły, bo nie miały odpowiedniej podeszwy, co spowodowało, że kilka razy ujechałam, ale nie poległam, bo gdybym poległa, to już by mnie pewnie wśród Was nie było. I, co ja to chciałam? Aaaa, lenistwo, tak więc, na lenistwo, najlepsza jest aktywna forma wypoczynku, zero ładu, i składu, wiem, wiem, ale to moje, i ja tak lubię :)


..., namiastka Akademickiej Perci, dla takich chwil, warto żyć... W tle za mną wredny Kisioł,.... ;)



Update: Sonia, nabawiła się zespołu zimnego ogona... Będzie żyć, uff.

2 komentarze:

  1. no fakt szczera prawda... juz mi sie zrobiło wzruszajaco,co ja gadam motywujaco(stan psychiczny osoby doznającej takich uczuć, jak tkliwość i rozrzewnienie, wywołany jakimś poruszającym zdarzeniem)miłego dla odwiedzajacych!!!wredny K :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Prawda, prawda, poczekaj, aż opiszę nasze wyjście na Równicę..., dopiero dopadnie Cię wzruszenie, buehehehe :D

    OdpowiedzUsuń