Normalnie, nie mam kiedy wpaść na własnego bloga, żeby coś skrobnąć. Czasu coraz mniej mi zostało, a ja się byczę. Hy? No dobra, aktywnie spędzam czas. Wczoraj na rowerze zrobiłam 70 km, oczywiście miałam niedosyt, bo nogi chciały jeszcze, ale wyskoczył obowiązek pilnowania bratanicy, więc się ustosunkowałam do tego pozytywnie, ona też jest dla mnie ważna, a poza tym, jest mi żal tego małego podrzutka. Złością nic nie wskóram, więc postanowiłam zmienić strategię, i tłuc rodzicom do głowy, że mają więcej czasu poświęcić Amelce, której bardzo często wyrywa się w moim kierunku słowo "MAMA". To chyba coś oznacza, prawda? Poza tym, widzę w niej wiele niedobrych zachowań, które niestety wychodzą w związku z brakiem tej prawdziwej mamy. Sama jej nie pomogę, nie zmienię też tego, co złe. Ech, to jest właśnie najgorsze, że nie mam szans naprawić tego, co zaniedbują jej rodzice, mogę jedynie próbować, ale i tak na starcie jestem już przegraną. Mam nadzieję, że przedszkole, do którego mała pójdzie od września, pozwoli naprawić część tego niedobrego, co występuje na ten czas. Ok.
Wiecie, wczoraj przeszłam samą siebie, zachowałam się, jak blondynka - nie ubliżając nikomu absolutnie. Słuchajcie.Na pewnym odcinku jechałam po asfalcie, i zaczął dobiegać do mnie odgłos takiego głuchego klikania, jakby coś z kołem przednim się działo. Zwolniłam, bo myślałam, że przebiłam oponę, ale wszystko było ok. Kiedy jechałam wolno, nic nie było słychać, ale, gdy tylko przekroczyłam 19 km/h, znowu dało się słyszeć ten dziwny odgłos. Ponieważ nie dają mi takie rzeczy spokoju, zatrzymałam rower, a mój wzrok powędrował w okolice korby i łańcucha, myślałam, że może coś tam wpadło i przy większej prędkości daje znaki? Niestety, pomyślunek okazał się być nietrafiony. Obadałam jeszcze tylne koło, przerzutki, hamulce. Wszystko było w idealnym porządku. Ruszyłam ponownie...SHIT, znowu to samo! Zatrzymałam rower, coraz bardziej zirytowana! Odwróciłam go, zaczęłam kręcić pedałami. O! Nie klika! Hm! Pomyślałam, że może jakiś kamyczek wszedł w oponę, więc sprawdziłam dokładnie każdą szparkę, wydłubałam parę maludków, chociaż one nie wydawały się mi być przyczyną klikania. Gdybym miała klucze, odkręciłabym przednie koło, ale na moje szczęście ich nie miałam. Postawiłam rower, ruszyłam, najpierw powoli, później coraz szybciej, między czasie zmieniła się nawierzchnia... I co się okazało? Domyślacie się? Asfalt był nagrzany od słońca i w momencie, gdy stykał się z oponą, dawał odgłos klikania, bo chciał się do niej przykleić. Siet! Bywam mało domyślna ;) Sama do siebie cieszyłam, że jestem jednak oryginalna do granic możliwości, przecież byłam gotowa rozkręcić rower, żeby dojść do tego, co tak klikało... Ech :D Chłopaki, proszę się nie śmiać :P I tak na marginesie, Kisioł wiesz, że ta pompka, którą mam nie pasuje do mojej dętki? Znowu pani z Rowerlandu ma minusa, bo powiedziała, że będzie pasowała na bank!
No nic. Dzień dobiega końca, ranek z bratanicą, popołudnie z rowerkiem. To lubię. Teraz kawka, zaraz kolacyjka, spacerek z pieskiem i przerzutka na telewizję... Jutro zaczynam załatwiać sprawy w MOPS-ie, więc życzcie mi szczęścia, żebym zastała tę panią, którą chcę zastać...
7 dych... Szacun dla cyklistki. Masz rację, stukanie, pukanie, mlaskanie, zgrzytanie i wszystkie inne ...anie, potrafią zepsuć przyjemnośćz jazdy. A najbardziej gdy nie można zlokalizować źródła tych odgłosów. A źródła te mogą być przeróżne i przedziwne, o czym sama się przekonałaś... Zdrówka życzę i mam nadzieję, że po szpitalu machniesz w końcu swoje pierwsze (?) 10 dych :)
OdpowiedzUsuńJak wyzdrowieję, to nic mnie nie powstrzyma przed machnięciem 100 km :D Dzisiaj się nie wybieram na rower, brak czasu i normalnie czuję się przez to strasznie podle :D
OdpowiedzUsuń