poniedziałek, 27 czerwca 2011

XIII Rodzinny Rajd Rowerowy

Ponieważ Kisioł mi napisał, że pojedzie ze mną na rowerze, jak zrobię ładny wpis,  więc muszę się sprężyć, zatem - jestem. Tak na marginesie wredota z niego, ale o tym wiedzą wszyscy, co go znają ;) Pamiętacie, jak biadoliłam w piątek, że nie szykuję się na rajd, bo na pewno nie będzie pogody, bo zawsze tak jest, etc. Przyszła sobota, wraz z nią brak słońca. Załamanie trwało, jednak Kisioł napisał w sms-ie, że o godzinie 11 będzie słońce. Ja, niczym niewierny Tomasz, nie wzięłam na poważnie jego zapewnień, przecież wszelakie portale głosiły, że pogody nie budiet! Po godzinie 8 zaczęło kropić i dobiło mnie to straszliwie. Zjadłam śniadanie, nie spieszyłam się wcale, między czasie niebo, jakby się przejaśniło. Wiedziałam, że pojadę pod garaż Kisiołka, na marginesie w tym garażu człowiek czuje się, jak w domu, brakuje tylko czajniczka, ale Krzysiu obiecał, że nadrobi brak, prawda? Po 9tej wyruszyłam. Ciepło nie było, bo jak może być, kiedy nie ma słońca, jednak rozgrzewka rowerowa, czyli szybka jazda sprawiła, że zagrzałam swe ciało. Przy garażu było mi wręcz gorąco, a do tego wyszły pierwsze promienie słoneczne. Nawet nie wiecie, jaką miałam ucieszoną paszczę. Zresztą, Emil dobrze zauważył, ja się zawsze śmieję, więc czegóż innego można się po mnie spodziewać? O godzinie 10 zameldowaliśmy się na Bulwarach, gdzie znajdował się START. Ludzi od groma! 1300 uczestników brało udział, nie liczę tych, co jechali na własne ryzyko (koszulek brakło). Były też i czworonogi, m.in., Mimi - pies pogromca :) Córka dodatkowa Tomka i Renaty, bo syna już mają (na marginesie bardzo fajni i sympatyczni ludzie - pozdrawiam :)) Przygotowania potrwały chwilkę i wyruszyliśmy przed siebie. Postanowiliśmy jechać na końcu, coby uniknąć ścisku i ewentualnych wypadków. Wiadomo, jechało dużo dzieci, a one niestety nie zwracały uwagi na innych uczestników. Trzeba było mieć oczy dookoła głowy, a ten kto ich nie miał, uległ wypadkowi, albo miał pecha i nawet jak miał oczy dookoła głowy, to i tak brał udział w kraksie ;) Dla mnie, jako osoby, która czuła moc w nogach, tempo było zbyt wolne, dlatego wraz z Kisiołkiem postanowiliśmy przebić się do przodu, za nami podążał pan Jacek, co team, to team ;) Lekko nie było, bo przeszkód mnóstwo w postaci kobiet tudzież dzieci, jeżdżących po całej jezdni, OMG! Półmetek znajdował się w Porębie Wielkiej. Tam otrzymaliśmy poczęstunek: ciastko w czekoladzie, herbatniki i woda mineralna niegazowana, wszystko z Biedronki. Jeżeli ktoś chciał, mógł zakupić kiełbaskę, ciacho, kawę, herbatę... Niestety, nikogo nie oświeciło, że dla 1300 osób jeden czajnik bezprzewodowy to za mało, i wypadałoby zaopatrzyć się w drugi i trzeci... Efektem braku, była kolejka, jak za czasów komuny, wypieków również brakło :) Faktycznie, tak jak Kisioł prawił, słoneczko nam towarzyszyło, raz na jakiś czas chowało się za chmurami, a wtedy robiło się chłodno. Gęsia skórka na nóżkach towarzyszyła i powodowała szybsze odrastanie ogolonych przed wyjazdem włosków, hihihi ;) Kiedy minęła wyznaczona godzina, czytać po występach dzieci, zjedzeniu, etc, Rodzinny Rajd Rowerowy wyruszył do mety. Tym razem mieliśmy zamiar jechać z przodu. Wyszliśmy z założenia, że im szybciej dotrzemy, tym lepiej, nie będziemy brali udziału w tym spędzie ludzi, którzy będą chcieli się zabić, żeby tylko przyjechać pierwszymi na stadion Mosiru. Plan został zatwierdzony, a my, jako wykonawcy naszego planu, przeszliśmy do jego realizowania. Niestety, nie było prosto dojechać do pilota. W życiu nie widziałam tylu ludzi. W pewnym momencie z nieba zaczął padać deszcz. Zatrzymaliśmy się z Kisiołkiem pod drzewkiem, żeby przeczekać, według niego miało przestać padać - uwierzyłam ;) Kurtka rowerowa, którą Kisioł miał, ochroniła nas przed ulewą a nawet gradem. Niestety, większość ludzi jechała dalej, przykry to był widok, widzieć ich takich mokrych, ale cóż..., jechali na własne ryzyko. Kiedy niebo przestało się złościć i skromne promyczki słoneczne zaczęły nieśmiało pokazywać, że nie zapomniały o cyklistach, wyruszyliśmy do mety. Końcówka odbyła się ekspresowo, odłączyliśmy się, żeby jeszcze przed uczestnikami dojechać na stadion, zjeść na spokojnie i czekać na losowanie nagród... Ech, było super. Tempo takie, jak lubię! O tyle ryzykowaliśmy, bo jakby nie daj Bóg, coś się nam stało, nie obejmowało nas ubezpieczenie. Ale my ostrożni jesteśmy ;) Na mecie czekał na nas p. Jacek. Zjedliśmy gulasz z bułką i rozgościliśmy się na trawce. Peleton dojechał po jakiś 10 minutach od naszego rozgoszczenia. Jeżeli chodzi o nagrody, to nic nie wygraliśmy - bywa ;) Rajd Rowerowy uważam jednak za udany! Mnie samą rozbroiła Mimi, która rozpoczyna dzisiejszy wpis, zakochałam się w tej małej koszykowej cyklistce, byście widzieli, jak ona dumnie siedziała, a zresztą - są zdjęcia, można zobaczyć, wystarczy kliknąć w aparat, który znajduje się po lewej stronie bloga - tam wszystko jest udokumentowane.

Gazeta Krakowska też mnie uchwyciła: Kto znajdzie Salanee? KLIK

Po południu także nie próżnowaliśmy. Odbywały się dni Gminy i po godzinie 19 pojechaliśmy z Konarem, Kisiołkiem, Mariuszem i Asią, pogibać swe ciała. Wystąpiła  Krzywa Alternatywa i Strachy na Lachy! Jako, że lubuję się w tym gatunku, byłam szczęśliwa :) Grabaż mniej, ale może przechodzi menopauzę? ;) Hihi, no dobra, żartuję. Grabaż dał czadu..., zresztą, ja kocham Strachy na Lachy bez względu na humory muzyków :) Więcej zdjęć - zapraszam do Galerii Salanee
Gdyby nie Kisioł i jego zacięcie fotograficzno - rejestrujące wszystko, co się rusza, nie mielibyśmy tylu pamiątek.  Na niektórych zdjęciach, głównie z moim udziałem, nie wiadomo, o co chodzi, ale przynajmniej można się pośmiać. Miny to ja robię gitowe, jak  mówi moja Amelka ;)

Konar, członek teamu rowerowego, ukończył kurs. Można go wynajmować, jako przewodnika po górach i nie tylko. Lubi kolorowe trunki, a jak się rozgada, to paszcza mu się nie zamyka. Jest fajny, zabawny i ma swoje pasje. Wie dużo, lubi robić to, co robi. Ktoś chętny? Pisać ;) To nic matrymonialnego. Konar, nie bij ;)

Bawiłam się świetnie przez ten weekend, wbrew moim obawom. Czułam się, jak za dawnych lat, kiedy jeździliśmy sobie z Kisiołkiem i Konarem, gdzie chcieliśmy, kiedy pochłanialiśmy to, co oferował nam czas, kiedy śmialiśmy się do rozpuku, kiedy świat kręcił się wokół nas.Było fajnie, miło i chcę więcej. Komfort psychiczny odzyskałam i już nic nie jest w stanie mnie zatrzymać... Dziękuję :)

Z takich mniej przyjemnych wiadomości, ziarnina buja, czeka mnie wycinanie, jednak sama rana nie boli, nie ropieje. Kulka nad zębem urosła znowu i jest duża, czuję się, jakby ktoś przywalił mi w twarz, boli. Jutro idę do dentysty, nie wytrzymam z tym  do sierpnia, a zapalenia okostnej nie chcę. Odebrałam dzisiaj wyniki badań. Jakby to powiedzieć, nie jest ciekawie. Przez ten cały czas chorowania, nikt dogłębnie nie sprawdził, co dzieje się w moim organizmie, a ja teraz nie jestem w stanie zdrowym odżywianiem uzupełnić braków... Jutro idę do rodzinnego, czeka mnie pewnie leczenie.
A, oto wyniki:
HCT - 33 [36-45]
RBC - 3.65 [4.0 - 5.20]
HGB - 10.1 [12.0 - 16.0]
WBC - 2.1 [4.0 - 10.0]
Wskaźniki czerwonokrwinkowe:
Poza normą mam tylko:
RDW - CV - 15.1 [11.5 - 14.0]
Rozmaz:
wart.b.NEUT - 0.92 [1.80 - 7.70]
% NEUT - 44.5 [50 - 70]
wart.b. LYMPH - 0.83 [1.00 - 4.50]
% MONO - 11.7 [1 - 10]
Wzór odsetkowy:
Barwiony metodą MGG:
Neutrofile - 42 [50 - 70]
Monocyty - 15 [1 - 10]
Biochemia: tutaj dla mnie szok!
Żelazo - 18.3 [30.0 - 160.0]
Badanie moczu:
Na liczbach się tam nie znam, ale:
białko - opalescencja. 

Właściwie, to nie spodziewałam się takich złych wyników. Białe krwinki jeszcze poleciały w dół. Na nic jedzenie truskawek, warzyw, owoców. Waga też leci. Za chwilę będę ważyć 50 kg. Teraz mam już 53. A jem. Normalnie jem - 5 razy dziennie. Rozszalał mi się metabolizm, nie ma co. Na poważnie,  coś się dzieje w moim organizmie. Ja sama czuję się bardzo dobrze, mam dużo siły, nie czuję się, jakbym miała anemię. Pamiętam, jak to jest. Wtedy nie miałam siły na nic, cały dzień bym tylko spała. Teraz jest inaczej, no może poza wczorajszym dniem, ale to wypiłam za dużo mięty z Kisiołkiem :) Fakt, troszkę gubię kudły, paznokcie też zrobiły mi się bardziej miękkie. Perspektywa brania żelaza mnie przeraża, kurczę blaszka. 

3 komentarze:

  1. Fantastyczna wyprawa :)
    Poczułam się, jakbym tam była :D

    Leukocytów nie da się w żaden sposób poprawić jedzeniem, nawet truskawkami, niestety.
    Przerabiałam to w czasie chemioterapii. W najgorszym momencie miałam 450 i ledwo żyłam (niewiele pamiętam z tego).
    Warto jeść mimo wszystko natkę pietruszki i brokuły a na czerwone krwinki buraki - szczególnie pod postacią świeżo wyciśniętych soków.
    Bardzo gorąco pozdrawiam :)
    Zapalona cyklistka :D
    :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Czesc Aldusia, zapalona cyklistko :-) ciesze sie, ze moglam sprawic ci przyjemnosc wpisem i opisem. Gwarantuje, ze w realu mialabys wiecej wrazen :-) postaram sie czesciej opisywac przebieg szalonych wybraw, nieobliczonego teamu ;-) a co do wynikow. to jest klops, pogubia sie wartosci, a pozniej wez czlowieku sie mecz z odbudowywaniem. generalnie to ja brokuly, kalafior, pietruszke, marchew, bob, jablka, mieso wolowe, drobiowe zjadam codziennie. Zamieniam sobie tylko warzywka. uwielbiam go po prostu. poietruszke tez pokochalam. dlatego sie bardzo dziwie, bo moja dieta jest bogata we wszystkie skladniki. ryby jem co srode, zazywam tez kwasy omega 3 po prostu jestem, ze tak powiem nieskromnie wzorem ;-) a tu i tak klopsic ci przyjemnosc wpisem i opisem. Gwarantuje, ze w realu mialabys wiecej wrazen :-) postaram sie czesciej opisywac przebieg szalonych wybraw, nieobliczonego teamu ;-) a co do wynikow. to jest klops, pogubia sie wartosci, a pozniej wez czlowieku sie mecz z odbudowywaniem. generalnie to ja brokuly, kalafior, pietruszke, marchew, bob, jablka, mieso wolowe, drobiowe zjadam codziennie. Zamieniam sobie tylko warzywka. uwielbiam go po prostu. poietruszke tez pokochalam. dlatego sie bardzo dziwie, bo moja dieta jest bogata we wszystkie skladniki. ryby jem co srode, zazywam tez kwasy omega 3 po prostu jestem, ze tak powiem nieskromnie wzorem ;-) a tu i tak klops

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie wiem, co to sie stalo z moim komentarzem, zjadlo czesc i powielilo to, co nie trzeba, po prostu super. to jest tak, jak sie korzysta z telefonu...

    OdpowiedzUsuń