czwartek, 28 października 2010

Ile mogą znaczyć i jak bardzo potrafią do nas dotrzeć słowa? Słowa, zarówno te, usłyszane, czy też przeczytane, jak i te, które tkwią gdzieś w środku nas i nigdy nie ujrzą światła dziennego. Czy są w stanie zdziałać cuda sprawić, że znowu spojrzymy na wszystko inaczej, z nowymi pokładami energii? Ona sama jest przecież bardzo potrzebna, aby przezwyciężyć wszystkie przeciwności losu. Wiara też, bo ona jest częścią sukcesu, a jak wiara, to i psychika, bo to od niej podobno wszystko się zaczyna. Łańcuch, dzięki któremu można osiągnąć sukces... słowa+psychika+wiara= SUKCES? Mam nadzieję, że tak! A słowa, ile one są warte? Ano tyle, ile osoba, która je wypowiada, czy też pisze.

Kolejna wizyta zaliczona. Pierwsze zdziwienie, a co za tym idzie, opadnięcie szczęki, wystąpiło u mnie, kiedy przekroczyłam mury szpitalne i udałam się na pierwsze piętro, gdzie to mieszczą się poradnie przyszpitalne. Dotychczas wszystko zawalone przez chorych pacjentów, dzisiaj świeciło pustkami... Raptem dwie osoby do mojego miłego rzeźnika były. Toż to szok panie starszy! Grzecznie poczekałam, przecież nie będę się wpychać, ja cierpliwa jestem. Kiedy nadeszła moja kolej - poczłapałam do gabinetu. Rana od kilku dni daje się porządnie we znaki. Dochtór mnie "pomacał" po okolicach lędźwiowo-pośladkowych i orzekł, że może się tworzyć nowy naciek zapalny, trzeba obserwować, miejsca nad wyraz bolesne są szczególnie zagrożone, bo występuje twardość tkanki. Może się tam tworzyć zapalenie, które obrodzi w nową przetokę. Oby nie. Za tydzień czeka mnie pobieranie posiewu, który pokaże mi, na co wrażliwy ten mój gronkowiec złocisty jest i kolejna poracja antybiotyków mnie czeka. Potrzeba czasu i cierpliwości, aż to się wszystko zacznie goić. Nie jest dobrze, ale też nie umieram - póki co. Chociaż nie powiem, żebym czasami nie miała myśli, że lepiej by mi było, jakby mnie nie było. Mniej problemów, mniej cierpienia i bólu... Egoistycznie zapędy mi się włączyły - wiem, ale uwierzcie, że czasami można sobie powiedzieć dość, nie dam już rady, nie chcę już tak żyć i żadne szczęśliwe momenty nie są w stanie nam pomóc. Nie wiem, dlaczego tak jest, może dlatego, że na dłuższą metę i tak wracamy do punktu wyjścia, w którym to musimy zmierzyć się z tym, co w nas tkwi? Hmm.

ZUS nadal bez odzewu.

Dzisiaj spotkałam koleżankę, dziewczynę która wie, co to znaczy życie. Urodzona z porażeniem mózgowym, które opóźniło ją w rozwoju. Całe życie wyśmiewana przez innych, skazana na samotność wśród ludzi. Własna matka i siostra się jej wstydzą, siostra która jest psychoterapeutką! Dziewczyna, o której tu piszę, w życiu wiele razy zboczyła z odpowiedniej drogi. Był butapren, rozpuszczalniki, wina... Pierwsze dziecko urodziła chore, zrzekła się go, dla jego dobra. Poszła na odwyk. Wyszła z tego gówna, bo chciała wyjść, bo wiedziała, że ćpając i pijąc, życia sobie nie polepszy. Poznała faceta. Pojawiła się ciąża. Po porodzie, przez jakiś czas było dobrze. Synek jej rósł, opiekowała się nim najlepiej, jak umiała - dziecko zawsze było czyste, najedzone, uśmiechnięte. Babcia dziecka, nie chciała małego, ani mojej koleżanki widzieć. Nie godziła się z tym, że ojciec dziecka jest z jej córką. Po pewnym czasie osiągnęła co chciała, ojciec dziecka zostawił ich... Matka mówiła, ze sobie nie poradzi, że nie utrzyma mieszkania, nie będzie ją stać! Po raz kolejny udowodniła, jak bardzo jej mama się myli. Poszła, gdzie trzeba, załatwiła i węgiel, i środki z darów. Synek rósł, szybko zaczął mówić, z sadzaniem na nocnik nie było problemów. Potem przedszkole, a wraz z nim choroby. Wiele razy dawałam jej na jedzenie, bo leki, które musiała kupować dla małego powodowały, że nie starczało jej na życie - mamy jej nie było! Wyznawała zasadę: Twoje dziecko, twój problem! FUCK!!!
Przez tyle lat wszystko było dobrze, aż dzisiaj dowiedziałam się, że małego jej odebrali, że stwierdzili niezaradność matki. No, ja się pytam - jak to!!! Gdzie byli przez 5 lat, gdzie byli, jak chłopczyk potrzebował pomocy, no gdzie? Rozłączyli ich teraz tylko dlatego, że matka opóźniona w rozwoju i nie będzie potrafiła zapewnić dziecku należytej opieki, jak mały pójdzie do szkoły? Czy, że choruje często? Brudny nigdy nie chodził! Najedzony zawsze był! Kochał swoją mamę - byłam świadkiem, jak bardzo! Odebrali jej go z rąk - wyrwali. Jeszcze kazali nie wydziwiać, nie histeryzować! Dla mnie to nie są ludzie, nie mają w sobie za grosz wrażliwości. Nie liczy się to, że mały płakał, że kocha mamę, że nie chce iść, że tu mu dobrze. To dla jego dobra - podobno. Może i tak, ale nie można matce zabronić spotykania się z dzieckiem, nie można ograniczyć kontaktu, to zabiją ją i jego! Koleżanka walczy o niego, odwiedza codziennie i obiecuje..., że będą razem. Płakać się chce, bo serce rozdarte, jakie rozwiązanie byłoby dla nich najlepsze :(



5 komentarzy:

  1. To straszne, jak nieraz w życiu dzieją się takie rzeczy, że często najlepsze filmy sensacyjne i kryminalne to pikuś przy tym wszystkim. Niestety, Polska akurat pod tym względem to skansen, trzeba wiele zmienić, a co chyba najważniejsze - umacniać wrażliwość ludzi. Co chyba w dzisiejszych czasach jest niewykonalne :( Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Kochana i tak trzymaj.
    Bardzo mi przykro z powodu Twojej koleżanki. Nie wiem jak można tak się zachowywać, jak Oni mogli tak postąpić. Czy Ci ludzie nie mają serca ... ech

    OdpowiedzUsuń
  3. To straszne, ale niestety często się tak zdarza. :(

    Pozdrawiam Ci ę serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Takie dziewczyny czasami jest życie. Witam REwelkęę :)
    Blogowiczkę:) Czego nie mówi, że zna Olę i razem urzędują ? :P

    OdpowiedzUsuń
  5. Rzeczywiście strasznie trudna sytuacja z tą koleżanką. Czasem możemy czuć się bezsilnie, gdy coś takiego dzieje się koło nas. Ale zawsze możemy powierzać Bogu bliskich nam ludzi. Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń